Spojrzał wstecz - nie był sam...

Rozdział betowany przez Ichimaru.

~*~

Wakacje. Urlop. Dzień wolny. Jak często błądziłem myślami w kierunku odpoczynku, chociażby przez ostatnie pół roku? Co miesiąc? Co tydzień? A może codziennie? Najprawdopodobniej to ostatnie. Dlaczego więc teraz, kiedy od ponad dwóch tygodni działalność zespołu jest zawieszona ja nie wiem, co ze sobą zrobić? Wszystkie plany, na których zrealizowanie tyle czekałem obecnie wydają mi się zupełnie nieatrakcyjne. Nawet wyjście do klubu z przyjaciółmi, z którymi jestem dzisiaj umówiony nie jest według mnie najlepszym pomysłem. Czy jest to oznaka aż tak wielkiego lenistwa z mojej strony? Szczerze wątpię. A może jest tak jak to zgrabnie określił Kazuki - wymiarem tęsknoty. Tylko, za czym? Za niewyobrażalnie długimi godzinami ćwiczeń? Wczesnym wstawaniem i późnym kładzeniem się spać z nadzieją, że chociaż tym razem będę mógł odpocząć więcej niż te przeklęte trzy godziny? Za kłótniami z pozostałymi członkami zespołu o nawet najdrobniejsze błahostki? Całkiem możliwe. Jednak, co w związku z tym?
Przeprowadzaną przeze mnie dogłębną analizę własnego „ja” przerwał mi dzwonek do drzwi, informujący o konieczności opuszczenia mojego prywatnego lokum, na rzecz pozbawienia się jakiejkolwiek trzeźwości umysłu w pobliskim klubie.
Jeśli teraz tak o tym pomyślę, jednak nie najgorszym pomysłem była próba ucieczki przed myślami, zanurzając się w kałuży alkoholu. Nawet, jeżeli wyszło zupełnie inaczej niż to sobie zaplanowałem...

Jedna z lepszych, jak nie najlepsza knajpa w okolicy. Nowoczesny wystrój, odpowiednia obsługa i jeszcze lepsze towarzystwo. Z kim jesteś, o czym rozmawiacie, co robicie - w tym miejscu nikt nie wtyka nosa w nie swoje sprawy. O tyle o ile ty tego nie robisz, nie musisz się niczego obawiać ze strony innych - wszyscy tak myślą, stosują się do tego i są zadowoleni. Nie rozumiesz? Nie jest to miejsce dla ciebie. Chcesz się bawić, będąc między ludźmi a nie myśleć o tym, że w każdej chwili ktoś może ci zrobić zdjęcie, na którym byłeś w stanie, którego nawet dobrze nie pamiętasz? Idealnie trafiłeś.
- Dalej nie mogę uwierzyć, że do tego doszło. - Shou od dłuższego czasu gnębił mnie, przerabiając w kółko sytuację GazettE. - Przecież... No kurwa – urwał, kiwając głową jakby nie dowierzał, po czym sięgnął po kufel i upił z niego duży łyk.
Siedzieliśmy w klubie od jakiś dwóch godzin, sącząc nieśpiesznie wybrane przez nas trunki. Przyszliśmy w czwórkę - ja, Shou, Kazuki i Byou. Jak się okazało nasi przyjaciele ze SCREW szybko ulotnili się na parkiet, żeby po jakimś czasie zupełnie zniknąć z zasięgu naszego wzroku. Żadne zaskoczenie.
- Naprawdę nie musisz mi ciągle o tym przypominać. Jestem tutaj w zupełnie przeciwnym celu. - Westchnąłem głośno, opadając całkowicie na kanapę, na której siedzieliśmy.
Zmęczenie. To najlepiej opisywało mój stan w tej chwili. Nie tyle fizyczny, co psychiczny. Na okrągło przez wszystkim przerabiany ten sam temat. Tak jakby myśleli, że o tym zapomniałem. O czymś, co zdarzyło się raptem dwa tygodnie temu i co przewróciło całe moje dotychczasowe życie do góry nogami. Otóż nie, nie zapomniałem! Chociażby dlatego, że to coś stanowiło najważniejszą i podstawową część mojej egzystencji bez której nie wiem czy jestem w stanie sobie poradzić! Bo kim jest Matsumoto Takanori bez Ruki’ego, bez całego the GazettE? Nikim. Oto i cała prawda. Mimo wszystko nie przesadzajmy, bo czy to rzeczywiście stało się te przeklęte kilkanaście dni temu? Nie, oczywiście, że nie. To ciągnie się już od dawna tylko wszyscy cholernie dumni z siebie udawaliśmy, że niczego nie widzimy.
- No dobrze. Przestań się już nad sobą użalać. - Poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się przyjaźnie i podał mi drinka. - Z tego, co wiem, Uruha wyjechał w odwiedziny do rodziców, a Aoi zrobił podobnie. Powiedz mi lepiej jak się trzyma Reita.
- Reita? - Tym pytaniem całkowicie mnie zaskoczył. Bo skąd ja właściwie miałem to wiedzieć? Nasze stosunki od dłuższego czasu nie były najlepsze. - A jak ma się trzymać? Ostatnio rozmawiałem z nim, a właściwie to widziałem go, jakoś ponad dwa tygodnie temu – odpowiedziałem, odbierając od niego moje, jak dotąd niedoszłe wybawienie w postaci procentów.
- Was już do reszty popieprzyło czy jak? - Odsunął się ode mnie, żeby móc mi spojrzeć prosto w twarz. - To już nawet ze sobą nie możecie rozmawiać? - Nie każdego Kazamasa zaszczyca takim tonem. Na to trzeba było sobie zasłużyć i ja właśnie to zrobiłem. Poczułem się jak gówniarz, który coś przeskrobał i właśnie dostał opieprz. Tylko tym razem nie był to niewinny wybryk, a poważna sprawa. - Coś mi się pomyliło, czy wy przypadkiem się przyjaźnicie? Nie no zajebiście traktujesz przyjaciół. Dobrze wiedzieć.
- Shou. To nie jest takie proste. Wiesz przecież, że my ciągle nie możemy się ze sobą dogadać. Poza tym teraz chcemy odpocząć. Wszystko sobie przemyśleć, poukładać...
- Poukładać?! Co tu jest do układania?! Taka... Co się z tobą stało do cholery? Jak ty to sobie wyobrażasz? Czym ty właściwie bez nich jesteś? I nie mam na myśli zespołu tylko tą czwórkę walniętą w równym stopniu, co ty! No powiedz mi. Słucham. - Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, zresztą nie musiałem nic mówić. Czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Wiem, co miał na myśli i wiem też, że miał rację. - No właśnie. the GazettE. Jeden z najpopularniejszych japońskich zespołów. Zasłużyliście sobie na to. Razem potraficie dobrze tworzyć, grać i występować. Ale chyba nie myślisz, że tylko dzięki temu przetrwaliście już ponad dziewięć lat. Kiedy ludzie w zespole się ze sobą nie dogadują to on prędzej czy później padnie. Niektóre rozpadają się już po pół roku. W takim przypadku prawdę mówiąc nie ma jeszcze, za czym rozpaczać. Ale dziewięć lat?! Tak dobrze współpracowaliście. Jezu... Zrozumiałbym jeszcze jakby któryś z was nie chciał już grać, jednak z tego, co wiem nic takiego nie ma miejsca. Poza tym... pieprzyć zespół. Co z wami? - Wręcz przeszywał mnie na wskroś swoim nieustępliwym spojrzeniem, czekając na odpowiedz.
- I czego ode mnie oczekujesz? Co mam powiedzieć? A może mam wsiąść w samochód i pojechać do... do Kai’a i jak gdyby nigdy nic wyciągnąć go na piwo?! Zrozum to nie jest takie...
- Podobnie, ale nie do końca. - Przerwał mi w pół zdania. - Jak już to powinieneś wsiąść w taksówkę i pojechać do Rei’a. - Wpatrywałem się w niego nienaturalnie długo zastanawiając się, w jakim stopniu mówi poważnie. Kiedy jednak nie zauważyłem, żeby żartował zacząłem się niepokoić.
- O co ci chodzi? Coś mu się stało?
- Może według ciebie to nic, ale z tego, co wiem ostatnio tonie w alkoholu i nie wychodzi z domu. Właściwie to chyba nie robi nic, co można by było zaliczyć do jakiejkolwiek aktywności. Z tobą byłoby pewnie podobnie gdyby nie groźby. Z tym, że on... Ciężko z nim pójść na kompromis. Tylko ty jakoś dawałeś sobie z nim radę. Jakby nie było uważam go za przyjaciela i nie chce patrzeć jak się stacza. I to w takim tempie.
- Kiedy ostatnio u niego byłeś? - Zrobiło mi się gorąco i szczerze miałem nadzieję, że zawdzięczam to tym przeklętym drinkom.
- Saga był jakieś trzy dni temu. Jedź do niego. Co ci szkodzi? Najwyżej wrócisz do domu. - Nie musiał mnie długo przekonywać. Mimo iż dochodziła pierwsza, a ja byłem już po kilku kolejkach zdecydowałem się pojechać do basisty. A może właśnie, dlatego to zrobiłem? Podobno alkohol daje kopa. Tylko jak mam komuś powiedzieć żeby nie pił, kiedy sam nie jestem lepszy?

Stałem przed drzwiami waląc pięścią w drewno od jakiś dwóch minut. W innej sytuacji zapewne już dawno bym sobie poszedł, ale nie, kiedy słyszałem włączony telewizor, z czego z niezadowoleniem wywnioskowałem, że byłem ignorowany, na co nie mogłem sobie pozwolić.
- Akira otwórz do cholery jasnej! - krzyknąłem w końcu zdenerwowany i kiedy już zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem jakiś uprzejmy sąsiad zaraz nie wezwie policji usłyszałem otwieranie zamka.
- Takanori? - Właściciel mieszkania, zaskoczony moją obecnością, wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami, jednak moje zdziwienie wcale nie było mniejsze widząc go w takim stanie. Miał na sobie szare bawełniane spodnie od dresu i białą obcisłą koszulkę na ramiączkach. Włosy w całkowitym nieładzie. Brak opaski i zero makijażu pozwoliło mi doskonale zauważyć zmęczenie malujące się na jego twarzy. A jako dodatek zdecydowanie nie do końca stabilna postawa, która wcale nie pomogła mi obalić słów Shou. - Co ty tu robisz?
- Inspekcja na zlecenie alice nine – odpowiedziałem, wymijając go w drzwiach i nie ściągając butów wszedłem w głąb mieszkania. To, co zobaczyłem mnie wręcz przeraziło. Może i jestem pedantyczny, ale taki bałagan to już przesada dla kogokolwiek. Ciuchy, poduszki, nawet płyty były porozrzucane po całym salonie. A biorąc pod uwagę sprawę, w której tu przyszedłem... butelek po piwie wolałem nawet nie zaczynać liczyć. Chyba jednak nie powinienem stawiać siebie na równi z nim. - Co to za burdel? - zapytałem w końcu stojącego za mną niepewnie basistę. Alkohol, zmartwienie, zdenerwowanie - nie wypiłem aż tyle, ale czułem, że powoli zaczyna mi się kotłować w głowie z nadmiaru emocji.
- Reita? Co się dzieje? - Jak na zawołanie z sypialni Akiry wyszła szczupła, całkiem ładna dziewczyna i z tego, co podejrzewałem zawinięta jedynie w prześcieradło. Instynktownie zacząłem się wycofywać, a uczucie, że znalazłem się wyjątkowo nie na miejscu wybiło się ponad resztę.
- Chyba przyszedłem trochę nie w porę - odpowiedziałem, szybko kierując się w stronę wyjścia.
- Nie, nie. Akurat bardzo dobrze trafiłeś, bo koleżanka właśnie wychodzi. Prawda? - Zatrzymał mnie łapiąc za rękę, po czym przeniósł wzrok na dziewczynę.
- Ale przecież... - Chciała coś powiedzieć, jednak, gdy zdała sobie sprawę z tego, że nic tym nie wskóra uciekła zła do pokoju, z którego przed chwilą przyszła. Po chwili ubrana, jeżeli tak można nazwać krótkie szorty i bardziej odkrywającą niż zasłaniającą cokolwiek bluzkę, wyleciała z mieszkania trzaskając drzwiami.
- Jesteś pewny, że dobrze zrobiłeś? - zapytałem w tym samym czasie, zdając sobie sprawę, że nawet nie zauważyłem, kiedy Akira znalazł się na sofie.
- Właściwie to chyba powinienem ci podziękować, że przyszedłeś. - Zaśmiał się wprawiając mnie w jeszcze większe zakłopotanie. - Będziesz tak stał? - Już miałem odpowiedzieć, że w takim syfie nawet nie ma gdzie usiąść, ale miała to być misja pokojowa, więc tylko kiwnąłem głową, ściągnąłem kurtkę i usiadłem na fotelu, zwalając z niego wcześniej wszystkie śmieci. - No. A teraz możesz powiedzieć, co to się stało, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością?
Denerwował mnie jego ton. Stan, w jakim się znajdował i bałagan, który zrobił. Jak i cała reszta. Może to rzeczywiście koniec? Za bardzo irytowała mnie każda jego cząstka, żebym mógł to znosić.
- Kto to był? - Pytając o dziewczynę zrobiłem zgrabny unik, dzięki czemu miałem nadzieję nie opowiadać o głupim z mojej strony chwilowym zamartwianiu się jego osobą.
- Nikt ważny - odpowiedział, ale najwyraźniej widząc na mojej twarzy nieusatysfakcjonowane spojrzenie mówił dalej. - Poznałem ją przypadkiem na jakiejś imprezie. Ciągle za mną lata nawet jak jej wyraźnie mówię, że nic z tego nie będzie. Dzisiaj też przyszła o chorej porze i jak już ją na chwilę wpuściłem to nie chciała wyjść. Rozmawialiśmy, tylko rozmawialiśmy. I co? Pukałeś, zdążyłem podejść do drzwi, wszedłeś do mieszkania, a ona nagle pojawia się naga nie wiadomo skąd. Przecież to chore. Pomijając fakt, że jest ode mnie z dziesięć lat młodsza, jak nie więcej.
- O, czyżby w końcu trafiła ci się pierwsza psychofanka w pobliżu? Korzystaj póki są chętne, bo później mogą już o tobie nie pamiętać. - Napastliwe fanki w gruncie rzeczy nie są niczym zabawnym. Mimo to nie jest mi go szkoda, gdy przypomnę sobie jak dogryzał mi, kiedy jakaś dziewczyna codziennie przez miesiąc wrzucała mi list do skrzynki, w którym zapraszała mnie na „wyjątkowo namiętne i niezapomniane doznania”.
- Przecież doskonale wiesz, że nic z tego. – Westchnął i sięgnął po dwa piwa, które jakimś dziwnym trafem udało mu się znaleźć pod stołem w stercie ciuchów.
- Może po prostu powiedz jej, że wolisz chłopców? – zapytałem, wyciągając do niego rękę po jedną z butelek.
- Jak to zrobię to albo popadnie w depresję i w najgorszym wypadku będę odpowiedzialny za jej samobójstwo, albo uradowana będzie chciała się dowiedzieć, który paring jest prawdziwy. Ostatecznie wychodzi na to, że w każdym razie nie da mi spokoju.
- Jest też możliwość, że nie toleruje homoseksualistów i znienawidzi również ciebie za to, jaki jesteś, mimo że chwilę temu w jej mniemaniu znała cię i kochała całym sercem. Nie sądzisz? - Sam przed sobą musiałem przyznać, że mimo wszystko trochę brakowało mi... towarzystwa.
- No, no. Nie wpadłbym na lepsze rozwiązanie. Co prawda może jeszcze narobić masę szumu, że członek the GazettE lubi ptaszki, ale kto się tym przejmie, kiedy zespołu już nie będzie... Tak, to idealny pomysł. Chyba powinieneś częściej wpadać - powiedział, po czym wypił już resztę zawartości butelki i postawił ją na stole.
- Tylko, jeżeli zrobisz porządek z mieszkaniem i samym sobą - odpowiedziałem już zupełnie poważnie, biorąc się za wypełnienie głównego celu odwiedzin.
- Ach, to po to przyszedłeś... Saga. Nie, znając ciebie to raczej Shou. Spokojnie, nie musicie się martwić. Ze mną wszystko jest w najlepszym porządku.
- No właśnie widzę. Syf taki, że się nawet usiąść nie da, masa porozwalanych butelek, a na deser sam Akira... Możliwie jak najmniej ogarnięty. Tylko pogratulować.
- Pieprz się! - warknął zdenerwowany. Najwyraźniej temat nie bardzo mu odpowiadał.
- Wybacz skarbie, ale sam nie dam rady. - Wstałem z fotela odstawiając butelkę, podszedłem do niego i usiadłem mu okrakiem na kolanach. - Wiesz... - Zarzuciłem ręce na jego szyję, przysuwając się do niego jeszcze bliżej. - Naprawdę zaczynam się o ciebie martwić - szeptałem mu do ucha powoli poruszając biodrami, na których zaraz wylądowały jego ręce, pomagając mi chętnie w poczynaniach. - Dlatego jutro wieczorem chyba znowu do ciebie wpadnę. Ale jak przyjdę i dalej będzie tu taki burdel, a ty będziesz tak wyglądał to możesz zapomnieć o naszej na nowo narodzonej przyjaźni. To samo, jeżeli wyczuję od ciebie, choć odrobinę alkoholu lub znajdę go gdzieś w mieszkaniu. Dobrze? - zapytałem i tym razem szarpnąłem się odrobinę mocniej.
- Mmm... Zawsze uwielbiałem te twoje gierki. Wszyscy na to lecą czy tylko ja? - pytając wsunął jedną rękę pod moją bluzkę, po czym paznokciami przejechał od karku po sam dół kręgosłupa wyrywając z moich ust niekontrolowany jęk.
- Niestety, ale tylko ty jesteś taki prosty w obsłudze. - Nie chciałem do tego doprowadzić. Jeszcze przed pójściem do klubu nie pomyślałbym nawet o przyjściu do niego, a teraz coraz trudniejszym zadaniem wydawało mi się wstanie z tego cholernie... z tego cholernego ciała parszywego basisty.
- A nie przyszło ci do głowy, że po prostu tylko mnie jesteś w stanie dobrze obsługiwać? - wyszeptał mi do ucha, ale kiedy poczułem jego język na swojej szyi odruchowo zerwałem się na równe nogi. Spojrzał na mnie zawiedzionym wzrokiem, ale ostatecznie tego nie skomentował.
- Pójdę już. - Złapałem za kurtkę i skierowałem się ku drzwiom.
- Takanori - zawołał za mną, gdy już miałem wychodzić, a już po chwili poczułem jego dłoń na swoim ramieniu. Odwróciłem się przodem do niego i pozwoliłem mu dokończyć. - Naprawdę bardzo chciałbym to naprawić. - Patrzył na mnie takim wzrokiem, jakiego chyba jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Ale czy tak naprawdę to coś zmienia?
- Co dokładnie? - Bałem się jego odpowiedzi. Do końca jednak sam nie byłem pewny, co chciałbym usłyszeć.
- Wszystko - powiedział i kiedy już myślałem, że skończył, on złapał mnie za podbródek i zmusił, żebym na niego spojrzał. - Zaczynając od ciebie - dodał i pogłaskał mnie po policzku, żeby w końcu mnie puścić i pozwolić wyjść.
- Najpierw zrób porządek ze samym sobą - odpowiedziałem jeszcze i szybkim krokiem wyszedłem z jego mieszkania. Pod blokiem wsiadłem do taksówki stojącej na parkingu, a cała droga do domu zleciała mi na rozmyślaniu nad tym, co tak właściwie się stało.

Kac. Nie duży, ale odczuwalny - oto pierwsza rzecz, która po przebudzeniu pojawiła się w mojej słabej głowie. Drugą rzeczą było zaskakujące pojednanie z Reitą, na które chyba nie do końca byłem zdecydowany. Jednak podobno ludziom powinno się wybaczać, więc uznam to za wyjątkową wyrozumiałość z mojej strony. I w końcu rzecz trzecia - jakie jest moje zdanie, co do naprawiania tego wszystkiego, o czym wspomniał Akira... Jakby nie było nie wydaję mi się, żebym obecnie w zupełności się z nim zgadzał. Niestety.

~*~
Czytaj dalej…