Spojrzał wstecz - nie był sam...

Pisane wspólnie z Kanashii.

~~~

Ruki
    Stanęło mi serce. "Bo cię kocham" - i chuj z tą "kurwą" na końcu zdania. Reita, coś ty powiedział... Nie. Znowu podkolorowuję. Rzeczywiście mnie kochasz, ale jak brata. Chociaż... gdybyś mnie kochał jak brata, nie zareagował byś tak. Nie powiedział byś, że ci przeze mnie odjebało. Kurwa! To pewnie przez ten alkohol. To nie możliwe! To zbyt piękne...

    - Reita? - Nie odpowiedziałeś. Wyszedłeś, zanim otrząsnąłem się z szoku na tyle, aby cokolwiek z siebie wykrztusić. "Takanori! Ty jebany debilu!"

    Po chwili do kuchni wpadli Aoi i Kai.
    - Ruks! Gadaj, co to za wrzaski.
    - I dlaczego Uru leży na dywanie, udając trupa i bełkocząc, że przez Reia znowu mu się krzywda dzieje?
    - I obiecując że do końca życia się w sobie zamknie?
    - Kurwa Kai, dlaczego ty masz ananasa zamiast głowy?
    - Aoi, odstaw to zielsko.
    - No to już wiem, dlaczego was nie było... - W końcu udało mi się dojść do głosu. - "I chwała wam za to" - dodałem w myślach.

    Nie mam pojęcia, co jeszcze robili Uru, Aoi i Kai przez kolejne dwa dni, ale ja siedziałem w domu, próbując dodzwonić się do ciebie. Nie odbierałeś. "Kurwa... Na szczęście jeszcze tylko dwa dni i próba."

Reita
    Za dwie godziny próba. Nie chce tam iść. Boję się tego co możesz mi powiedzieć. Przeraża mnie myśl o chwili, w której mówisz mi, że to koniec. Koniec naszej przyjaźni która trwa już od tylu tat. Nie łudzę się, że znowu będzie tak jak dawniej. Że łaskawie zapomnisz o tym co powiedziałem. Chociaż i tak nie wydaję mi się żebym po tym był w stanie zachowywać się tak jak wcześniej. Teraz pewnie dzwonisz żeby nagadać mi jaki to jestem podły i odrażający, jednak nie masz ku temu okazji. Od momentu w którym powiedziałem ci co czuję ani razu nie rozmawialiśmy. Nie odebrałem ani jednego telefonu. Zamknąłem się w swoim mieszkaniu i myślałem co teraz będzie. Jak będzie wyglądać moje życie. Jak będziemy grać wspólnie kiedy ja nawet nie potrafię z tobą porozmawiać przez cholerny telefon. I co najważniejsze, jak zniosę myśl, że jesteś z nim. Z naszym przyjacielem, którego naprawdę lubię i szanuję, a wręcz od zawsze traktuję jak brata. Wiem, że zachowuję się jak dzieciak, który nie potrafi stawić czoła własnym problemom, ale tak właśnie się czuję. Nie wiem jak temu sprostać. Nawet jeżeli już umieram przez brak twojej osoby to i tak chciałbym móc zaszyć się tu na zawsze i już nigdy w życiu nie pokazywać światu. Ale nie mogę tego zrobić. Wystarczająco dużo spieprzyłem. Muszę iść na próbę i dać z siebie wszystko. Tylko o tym teraz będę myślał.
    Zjadłem śniadanie, wykąpałem się, ogarnąłem i pojechałem na spotkanie z wami.
   
    Gdy wszedłem do studia wszyscy byliście już na miejscu. Kai siedział przy perkusji, ale nie grał tylko notował coś na kartce, zapewne planował jakie piosenki zagramy na przyszłym koncercie. Aoi stał z gitarą i majstrował coś w kablach. Uruha kręcił się ze swoim instrumentem robiąc te swoje zwinne ruchy, a ty siedziałeś na kanapie pod ścianą z mikrofonem w ręce. Wyglądałeś na zamyślonego.
    Dopiero gdy usłyszeliście zamykające się drzwi, zorientowaliście się, że ktoś przyszedł. Nie spóźniłem się. To wy byliście za wcześnie. Bo czy przyjście dziesięć minut po wyznaczonym czasie można nazwać spóźnieniem? Bez przesady.
    - O, jesteś. Co się stało, że tak nagle wyszedłeś z tamtej imprezy i dlaczego nie odbierałeś telefonu? - Kai od razu wstał, podszedł do mnie i zaczął zadawać masę dziwnych, a zarówno dość kłopotliwych pytań. Na wszystkie odpowiadałem jedynie że na to, czy na tamto właśnie miałem lub nie miałem ochoty. Wiedział, że nie ma sensu pytać o nic więcej.
    Przez cały czas czułem na sobie twój wzrok. Próbowałem o tym nie myśleć, ale mimo moich wielkich starań to nie było łatwe. Piosenki z którymi nigdy nie miałem problemu, dzisiejszego dnia wychodziły mi nadzwyczaj okropnie. Potrafiłem pomylić się na najprostszych chwytach. Wszyscy patrzyliście na mnie z niedowierzaniem, a lider co chwilę darł się, że twoja choroba wystarczy nam na bardzo długo i drugiej nie potrzebujemy. Dopiero pod wieczór zacząłem grać w miarę normalnie.
    Kilka razy próbowałeś ze mną porozmawiać, ale umiejętnie cię spławiałem bredząc coś o ćwiczeniach czy innych dziwnych rzeczach. Nie mogłem z tobą rozmawiać. Musiałem się skupić na grze. Inaczej wszystko by się posypało.

    - Reita! - zawołałeś za mną, gdy miałem wychodzić do domu. Byliśmy sami, reszta przed chwilą wyszła. - Zaczekaj chwilę.
    - Sorry, ale trochę mi się spieszy. - Proszę daj mi spokój... Błagam.
    - Czemu mnie unikasz? - Nie uważasz, że po tym co ci powiedziałem to trochę głupie pytanie? Nie miałem zamiaru na nie odpowiadać.
    - Idziecie czy nie? - Kai wszedł z powrotem do studia nieświadomie mi pomagając.
    - Ta, idziemy - Wziąłem swoje rzeczy i nawet na ciebie nie patrząc wyszedłem na zewnątrz.
    - Jutro widzimy się o dziesiątej! - lider jeszcze zdążył krzyknąć i zaraz zniknąłem z twojego zasięgu.
    Od razu pojechałem do domu. Nie miałem na nic ochoty. Rzuciłem się na łóżko i nigdzie indziej już się tego dnia nie ruszałem. W nocy nie mogłem zasnąć. Wciąż myślałem o tobie, o tym jak mam to wszystko naprawić i czy to w ogóle jest jeszcze możliwe.

    Rano wstałem niewyspany z okropnym bólem głowy. Spałem może z trzy godziny. Na pewno odbiję się to na mojej grze. Chociaż wątpię czy jestem w stanie grać gorzej niż na początku wczorajszej próby.
    Powtórzyłem czynności z poprzedniego poranka i ponownie pojechałem do studia.

Ruki
    "Czemu mnie unikasz?" Głupie pytanie. To przez to, co mi powiedziałeś na tej zasranej imprezie. Pieprzony alkohol. Byłeś spity, wybełkotałeś nie to co trzeba, a teraz się męczysz. Na próbach też cały czas próbowałeś mnie zbyć.
    To już chyba półtora tygodnia od pierwszej próby po mojej chorobie...

    W końcu udało mi się - zostałem z tobą w sali sam na sam. Nareszcie mogłem ci powiedzieć, że to nic takiego, że rozumiem, że po pijaku robi się różne rzeczy. Musiałem to zrobić, nie mogłem patrzeć na twój ból. Mimo, że jednak nie chciałem... Nie chciałem odbierać sobie nadziei. Sprawiać sobie samemu bólu.
    To wszystko dla ciebie Akira. Bo cię kocham. Kocham ponad wszystko. Mógłbym oddać za ciebie wszystko. Sławę, fanów, cały majątek. Życie.
    - Akira...
    - Przepraszam Ruki, ale nie mogę gadać. Umówiony jestem... - Oddalałeś się. Nawet przestałeś używać mojego imienia. "To wszystko kurwa przeze mnie! Nienawidzę się za to, że musisz cierpieć. Nawet nie wiesz jak bardzo nienawidzę..."
    - Trudno. Pięć minut cię nie zbawi. Mam ci coś do powiedzenia.
    Westchnąłeś cierpiętniczo.
    - Chodzi mi o tamtą imprezę.
    - Ruki... ja... ja byłem pijany. Nie miałem nawet pojęcia co mówię. Ja... ja cię bardzo przepraszam. Bo wiesz... Nie chciałbym, żeby nasza przyjaźń przez ten incydent się... zniszczyła. - Zabolało. Cholernie zabolało.
    - Wiem o tym - przerwałem mu stanowczo, wbijając sobie jeszcze głębiej nóż w serce. - I nie masz za co mnie przepraszać. Sprawy nie było, nie przejmuj się tym. - Uśmiechnąłem się do niego radośnie, jednocześnie czując napływające mi do oczu łzy. - Na prawdę, nie mam ci tego za złe. Taka błahostka nie jest warta niszczenia naszej przyjaźni. - "Takanori, ty pieprzony masochisto!" - A teraz już ci nie przeszkadzam, leć na to twoje ważne spotkanie - ledwo co się powstrzymałem przed wybiegnięciem z płaczem z sali. Dopiero kiedy zamknąłem się w swojej garderobie pozwoliłem sobie na płacz. "Akira... Ja cię kocham! Ale ta miłość boli..."

Reita
    To chyba najlepsze co mogło mnie w takiej chwili spotkać, więc dlaczego... Czemu czuję się tak okropnie? Przecież wiedziałem, że nigdy nie odwzajemnisz moich uczuć. Nawet na to nie liczyłem, ale teraz gdy mi powiedziałeś, że zapomnisz o tym co powiedziałem bo wiesz, że to wina alkoholu, czuję się jeszcze gorzej niż wcześniej. Mam już dosyć tej całej szopki, którą odgrywam przed tobą od samego początku. Zawsze starałem się być względem ciebie szczery i uczciwy, nie mówiłem ci tego co tak naprawdę do ciebie czuję. W żaden inny sposób cię nie oszukiwałem. A teraz czuję się tak jakbym był najgorszym śmieciem. Powiedziałeś, żebym się już nie martwił, ale ty sam wyglądałeś na przygnębionego. Boję się, że twoje słowa nie do końca były szczere. Tak jak myślałem jesteś dla mnie zbyt dobry. Nie wiem jak, ale muszę coś z tym zrobić. Nie pozwolę ci cierpieć. Mogę nawet odejść i więcej się tobie nie pokazywać na oczy jeżeli chociaż w najmniejszym stopniu poczułbyś się z tym lepiej. Mimo, że sam sobie doskonale radzisz i wcale nie potrzebujesz opiekunki, to ja i tak zawsze chciałem cię bronić, ochraniać i pilnować, a teraz czuję że to właśnie ja wyrządzam ci największą krzywdę. Nie chcę tego.
    Powiedzieliśmy sobie, że jest wszystko w porządku, więc czemu się tak zachowujemy? Prawie wcale nie rozmawiamy. Jedyne co robimy wspólnie to granie. Tylko nie wygląda to tak jak kiedyś. Nie śmiejemy się, nie wygłupiamy. Robimy to co do nas należy i na tym koniec. Chłopaki ciągle pytają o co chodzi, ale żaden z nas tak naprawdę nie wie co ma odpowiedzieć. Bardzo się o ciebie martwię. To wszystko moja wina.
    - Cholera jasna.. - gdy miałem jechać odebrać nowy bass, zorientowałem się, że zostawiłem portfel w studiu. Nie miałem wyjścia. Musiałem po niego wrócić.

    - Ruki? Eee... Co ty tu robisz? - Gdy dojechałem na miejsce i zamykałem samochód, zauważyłem ciebie idącego do wejścia. Byłem zaskoczony twoją obecnością bo na próbie mówiłeś Kaiowi, że cały wieczór będziesz siedział w domu nad tekstem nowej piosenki. Dlatego też odmówiłeś mu wspólnego wyjścia na piwo. Mnie nawet o to nie pytał. Wiedział, że ostatnio nie interesują mnie takie wypady. Aoi z Uruhą również mu odmówili tłumacząc się - "nową kompozycją" - jak to ładnie określił Uru. Mieli siedzieć w studiu do późna. A może to właśnie do niego przyjechałeś...
    - Skończyłem piosenkę i chciałem pokazać ją Aoiemu - powiedziałeś dość niepewnie - a ty?
    - Ja... Ehm... Zapomniałem portfela, a muszę jechać po bass. - Nigdy bym nie pomyślał, że rozmowa z tobą mogłaby mi przychodzić tak ciężko. Nic już nie mówiliśmy tylko obaj weszliśmy do budynku.
    - Gdzie on jest... - Nie mogłem znaleźć zagubionej rzeczy. Nie wiele różniłem się od ciebie z tym, że w przeciwieństwie do mnie ty zgubiłeś człowieka.
    - Masz. - Podałeś mi moją zgubę. - Był za kanapą. Gdzie ten Aoi polazł? Uruhy też nie widzę. Ale ich rzeczy są...
    - Dzięki. Jak chcesz to.. mogę z tobą poczekać. Może poszli to toalety albo coś... - Tęskniłem za tobą. Za wszystkim co z tobą związane.
    - Razem?
    - Co? - nie do końca zrozumiałem.
    - Razem poszli do łazienki? - O tym nie pomyślałem...
    - No nie wiem. To chodź poszukamy ich. - Wyszedłem z pokoju, a ty tuż za mną.
    - Nie musisz tu ze mną być - powiedziałeś cicho wciąż idąc obok mnie.
    - Och! Ach! - usłyszeliśmy dość jednoznaczne jęki, które stawały się coraz głośniejsze gdy dochodziliśmy do końca prawego skrzydła budynku, czyli do miejsca, które znajdowało się po drugiej stronie budynku od tego w którym zawsze ćwiczymy.
    - Eee... - Gdy już byliśmy pewni co do odgłosów zatrzymaliśmy się i żaden z nas najwyraźniej nie miał zamiaru iść dalej. - Czy to... Uru z Aoim? - Nie mogłem w to uwierzyć. Spojrzałem na ciebie, a na twojej twarzy zauważyłem słodkie rumieńce. Ale zaraz zaraz! Jak Uru z Aoim jak ty i Uru... O kurwa.
    - Chyba lepiej będzie jak pogadam z nim jutro... - Gdy usłyszeliśmy kolejną dawkę głośniejszych jęków zaczerwieniłeś się jeszcze bardziej, odwróciłeś się i zacząłeś odchodzić.
    - Zaczekaj. - Złapałem cię za rękę zatrzymując. - Ale przecież ty i Uru... A on teraz z Aoim. Co tu się dzieje?
    - Co? Jaki ja i Uru? Że oni coś kręcą domyślałem się już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałem, że będę tego w pewnym sensie świadkiem.
    - To ty i Uruha nie tego... - Chyba do reszty zgłupiałem.

Ruki

    - Akira? Ty myślałeś, że ja jestem z... Uruhą?
    - Co? Nie byliście razem? A ja już chciałem Cię tutaj pocieszać... Jezu, to dobrze.
    - Nie Aki. Uruha nigdy mi się nawet nie podobał - po chwili dodałem. - To miło, że się o mnie tak troszczysz. Dziękuję. Nawet nie wiesz, jaki jesteś dla mnie ważny. - Kiedy to powiedziałem, dałbym sobie głowę uciąć, że spod bandamki wypełzało lekko coś jakby... rumieniec? Hmm... Nie. Gra świateł. - Na korytarzu nie było okien, więc jedynym źródłem światła były momentami przygasające już jarzeniówki. A nawet jeśli to i tak było tam dosyć duszno. Przecież była zima, a co za tym idzie wszystkie kaloryfery połączane na full.
    - Na prawdę nie ma za co dziękować. Przecież przyjaciele są po to, żeby sobie pomagać - powiedziałeś wesoło. Oj tak. A ty biedny nawet nie miałeś pojęcia, do jakiej "pomocy" miałem ogromną ochotę Cię zaangażować... Ale ze mnie spaczyl.

    Od tego dnia wszystko zdawało się już z powrotem układać. Śmialiśmy się razem, chodziliśmy na imprezy. Cała nieprzyjemna atmosfera w zespole poszła w zapomnienie. Miesiąc później Kai przyczłapał do nas smutny. Dziwne, on prawie zawsze się śmiał...
    - Chłopaki, zła i jednocześnie dobra wiadomość.
    - Mhm?
    - Zła: trochę mało kasy. Dobra: parę koncertów. W Europie. - Nagły uśmiech Kaia powalił wszystkich na ziemię. Cieszyć się z kolejnych morderczych koncertów?! Kosmita.
    - No i z czego tak zacieszasz? - mruknął zespołowy lis, przygniatany właśnie przez Aoiego do kanapy.
    - A co, koncerty są powodem do zmartwień?
    - Nawet nie wiesz jak wielkim...

    Koncert, jak to koncert wywołał na liderze pewne zachowania. Po pierwsze - zero balang. Drugie - zwiększenie ilości prób. Trzecie - masakryczna, nawet jak na niego, nerwowość. Nie wiem jakim cudem, ale dożyliśmy do dnia wyjazdu z Japonii. Nasze kochane czarnowłosiątko okazało jednak trochę czegoś imitującego serce, i dzień przez występem mieliśmy wolny, abyśmy mogli odpocząć i nabrać sił na wielogodzinne skakanie po scenie. Swoją drogą i tak nie było by na próby czasu, bo wszyscy zajęci byli wybieraniem pokoi i rozpakowywaniem się.
    - No to jak robimy z pokojami?
    - Ty się Kai mnie pytasz? To ty jesteś liderem!
    - Oj zamknij się Aoi, bo jeszcze nas rozdzieli!
    - Mrr... Ty już masz jakieś plany?
    - A co żeś sobie wyobrażał?
    - Nie chciał byś wiedzieć co...
    - Masz rację. Niespodzianek się nie zdradza.
    - Oż ty mały zboczeńcu!
    - A co, nie mam racji?
    - No masz trochę....
    - No i kto tutaj jest większym zboczeńcem?
    - Ciężko powiedzieć... Jak na uke jesteś obrzydliwie zboczony.
    - Oj zamknij się! Nie musisz wszystkim zdradzać szczegółów!
    - Ale tego nawet zdradzać nie trzeba. To widać...
    - No właśnie. Więc cholera przestań mnie może tutaj publicznie molestować... Jak będziesz grzeczny, to pozwolę ci być w pokoju ze mną i tam będziesz mógł sobie mnie molestować do woli, ale tutaj mamy widownię.
    - Cisza gołąbeczki, bo wam dzióbki powybijam - warknąłem mając dosyć naszej parki. "Im to się chociaż cholera układa!" - Kai, decyduj szybko, bo mam ich już dosyć.
    - Hmm... Ja bym ich tam razem nie kwaterował, bo nam spać w nocy nie dadzą. I innym w hotelu też... Problem w tym, że mamy tylko trzy pokoje - mruknął lider.
    - Kai, błagam! Ja nie chcę być sam na sam z żadnym z nich! Oni są nienormalni! - Rzuciłeś się na kolanach liderowi do stóp.
    - Ani ja nie chcę! Niech już cholera będą razem, byle by tylko nikt mi "przypadkiem" nie wrzucił do piwa pigułki gwałtu czy innego świństwa! - Idąc twoim śladem również padłem na kolana przed zespołowym tyranem.
    - Ruki ma rację, oni mają takie rzeczy!
    - No no no... Skoro panowie Matsumoto Takanori i Akira Suzuki tak nalegają, to niech już będzie, gitarzyści będą razem.
    - Yeah! - Wyszczerzyła się nasza parka.
    - Ale...
    - Co ale? - zapytałeś z niepewnością.
    - Skoro się tak ze sobą zgadzacie, będziesz w pokoju z... Rukim! A ja pomieszkam sam ze sobą. - Kai ostatnie zdanie prawie że wyśpiewał z zadowolenia. - Tak więc problem zakwaterowania rozwiązany. No już, czmychać do siebie! - Podobnie jak ja, zszokowany nawet nie odpowiedziałeś. Ja swój szok rozumiem - będę w jednym pokoju z chłopakiem, w którym jestem po uszy zakochany. Ale ty? O co mogło tobie chodzić?

~~~
Czytaj dalej…

Pisane wspólnie z Kanashii.


***

    - Jak to jest chory?! - Kai wrzeszczał na Reite, który właśnie oznajmił mu w sposób bezczelnie spokojny, że ich wokalista nie będzie w stanie zaśpiewać na jutrzejszym koncercie.
    - A jak można być chorym? Ja znam tylko dwa sposoby... - dalej zadziwiająco spokojnie kontynuował Reita. - Na prawdę, i na niby. A Ruki ma bardzo ostrą grypę, jeśli nie zapalenie oskrzeli. A teraz gomen chłopaki, ale Takanori jest umówiony do lekarza na 11:30, czyli za pół godziny. A samego, z 40-sto stopniową gorączką go nie puszczę - mówiąc to wyszedł z sali prób, zapinając skórzaną kurtkę i owijając twarz, od nosa w dół, czarno-szarą arafatką. Był już listopad, więc na bandamkę było trochę za zimno. Zresztą, chusta mniej się rzucała w oczy, a to zawsze zwiększało szanse na uniknięcie dzikich hord napalonych fanek.

Reita
    Nareszcie stoję przed twoimi drzwiami, wyciągam klucz z kieszeni, otwieram i pewnie przekraczam próg twego azylu. Wchodzę do sypialni i widzę cię leżącego w łóżku, szczelnie opatulonego ciepłą kołdrą. Dostrzegam jak szybko podnosi i opuszcza się twoja klatka piersiowa, a z ust wraz z powietrzem wydobywa się cichy świst. Wiem, że to z powodu choroby. Naprawdę nie lubię patrzeć jak się męczysz.
    - Jak tam? - zadaje banalne pytanie i kładę rękę na twoim rozpalonym czole. Nie odpowiadasz. Zamiast tego patrzysz na mnie zamglonym wzrokiem spod przydługiej już grzywki. Martwię się o ciebie, ale mimo to nie mogę odeprzeć myśli, że w takim stanie wyglądasz naprawdę uroczo.
    - Chodźmy. - Stanowczo przerywam własne rozmyślania, które od pewnego czasu zaczęły wymykać mi się spod kontroli. Pomagam ci wstać, ubrać się ciepło i obaj wolnym krokiem wychodzimy z mieszkania.

Ruki
    Proste, wręcz banalne słowa "Jak tam?", wyrwały mnie z koszmaru. Akira, jak dobrze, że mnie obudziłeś. Jak dobrze, że jesteś...
    Poszedłeś po moje ubrania i pomogłeś mi je założyć. Podniosłeś mnie z łóżka, narzuciłeś na mnie mój polar, owinąłeś mnie szalikiem i pomogłeś wyjść z mieszkania.
    Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Znamy się już od połowy podstawówki. Zawsze dbałeś o mnie i kochałeś mnie jak młodszego brata. Nigdy ani na chwilę tego nie zmieniłeś. Pocieszałeś po awanturach z ojcem, pomagałeś się podnieść po tym, jak rzucały mnie kolejne dziewczyny, dla których byłbym w stanie zrobić wszystko. Czasami zaniedbywałem dla nich nawet naszą przyjaźń. To było podłe z mojej strony. A ty mimo to zawsze przychodziłeś i patrząc stroskanym wzrokiem pytałeś: "Co się stało? Nie bądź już smutny". Tak na prawdę szkoda, że kochałeś mnie jak brata, wiesz? Po kolejnym rozstaniu z dziewczyną zdałem sobie sprawę z tego, co do Ciebie czuję. To dla tego nigdy nie potrafiłem stworzyć prawdziwego związku z kim innym.
    Akira, ja Cię kocham. Pragę.
    Ty też mnie kochasz. Ale jak brat. Przyjaciel.

    Teraz idziemy do lekarza. Podtrzymujesz mnie obiema rękami. Ja opieram głowę o twój bark, ponieważ sam nie mam sił, aby ją utrzymać w pionie. Widzę, jak cierpisz widząc moją chorobę. Akira, teraz ty nie bądź smutny. Wyzdrowieję dla ciebie. Najszybciej jak się da.

    Wziąłeś na siebie powiedzenie liderowi o tym, że nie będę mógł śpiewać na koncercie. Ja bym się bał. Kai, jako perfekcjonista i pracoholik mógł bardzo różnie zareagować na taka informację. A i tak był w złym nastroju, bo dopiero co miał ostrzejszą sprzeczkę z managerem i dyrektorem wytwórni. Podziwiam cię. Też to ty właśnie namówiłeś mnie na wizytę u lekarza. Ty poszedłeś się wykłócić, o przyjęcie mnie tego dnia. Tak, chciałeś abym dostał się do przychodni jak najszybciej, a ponieważ wszystkie możliwe godziny w ciągu tego i każdego innego do końca tygodnia były zajęte, musiałbym czekać. A nie chciałeś na to pozwolić. Więc nie wiem jakim cudem, ale nakłoniłeś lekarza, aby przyszedł do pracy pół godziny wcześniej.
Czym zasłużyłem sobie na tyle dobroci z twojej strony?

Reita
    Wspólnie wchodzimy do nowocześnie urządzonego gabinetu. Witam się z lekarzem cichym "Yo" nawet na niego nie patrząc, a ty tylko delikatnym skinieniem głowy. Siadamy na zadziwiająco wygodnej i zapewne bardzo drogiej leżance, po czym powoli zaczynam pozbawiać cię górnej części garderoby, doskonale zdając sobie sprawę z wbitego w nas wzroku doktora. Nie musiałem nic tłumaczyć, wszystko wyjaśniłem mu wcześniej.

    Nad ranem w przychodni rozmawiałem na twój temat z pewną kobietą podającą się za recepcjonistkę. Może rzeczywiście nią była, ale szczerze wątpię w jej kompetencje. Wlepiała się we mnie obleśnym wzrokiem starając się, w każdy możliwy sposób wyeksponować swoje wdzięki, których jednak moim zdaniem nie miała wcale.
    Od dawna wszyscy mi zarzucają za duże wymagania względem kobiet. Ostrzegają mnie mówiąc, że jak tak dalej pójdzie to nigdy nie znajdę tej jedynej. Tylko czy ja kiedykolwiek powiedziałem, że takowej szukam? Nie. W ogóle mnie to nie interesuje i to ty jesteś temu winny. Nikt inny...
    Jedyną rzeczą jaką po piętnastu minutach udało mi się wyciągnąć od tej okropnej dziewczyny było to, że nie mogą cię dzisiaj przyjąć. Miałem ochotę zacząć na nią wrzeszczeć, że nic mnie to nie obchodzi, ale powstrzymałem się, gdy zobaczyłem na wiszącej na ścianie tabliczce nazwisko i imię osoby, którą niegdyś doskonale znałem.
    - Kim on jest? - zapytałem, ale odpowiedziała mi jedynie nierozumnym spojrzeniem. - Shiro. Kim on tutaj jest? - Tym razem bardziej sprecyzowałem pytanie, a ręką wskazałem przeczytane przeze mnie nazwisko.
    - Eto... To jest nasz ordynator, a również właściciel przychodni. - Byłem zaskoczony jej reakcją. Jej pewność siebie nagle zastąpiło zakłopotanie wymieszane z odrobiną strachu.
    - Proszę mnie do niego zaprowadzić. - Nie chciałem się z nim widzieć, ale w obecnej sytuacji to nie miało żadnego znaczenia. Najważniejsze było to, że musi cię ktoś zbadać i ja postanowiłem to załatwić.
    - Proszę mi wybaczyć, ale pana Shiro nie ma. - Jakim prawem tak strasznie podnosiła mi ciśnienie? Nie miałem czasu na takie rzeczy. Musiałem wracać do ciebie. Sprawdzić czy wszytko w porządku.
    - Nie wysilaj się... Albo mnie do niego zaprowadź, albo zadzwoń i powiedz, że ma tu przyjść. - Z sekundy na sekundę denerwowałem się coraz bardziej. Ktoś mógłby powiedzieć, że przesadzam, ale tak wcale nie było. Nie wtedy, gdy chodzi o ciebie.
    - Ja... Już. - Złapała za telefon, nacisnęła kilka przycisków, a jej twarz odrobinę zbladła na dźwięk sygnału. - Panie Ordynatorze, jest tu pewien mężczyzna, który życzy sobie... Tak, wiem, ale... - Nawet ja byłem wstanie usłyszeć wrzaski dobiegające ze słuchawki, mówiące o tym, że dzisiaj miało go nie być ani dla pacjentów, ani dla całej reszty świata. - Bardzo przepraszam, ja... - Nie zdążyła dokończyć bo szybkim ruchem wyciągnąłem jej telefon z ręki.
    - Kouchi. - Powiedziałem szorstko zastanawiając się ile lat już minęło odkąd ostatni raz wypowiedziałem jego imię na głos. - Mógłbyś poświecić mi chwilę? - Nie zastanawiałem się czy wie z kim rozmawia.
    - Akira? - Usłyszałem dobrze znany mi głos dobiegający zza pleców, odwróciłem się i zobaczyłem jego, z twarzą wykazującą olbrzymie zaskoczenie. - Co ty tu robisz?
    - Staram się umówić mojego przyjaciela na wizytę, ale ta kobieta upiera się, że nie ma takiej możliwości. - Wiedziałem, że mimo tego co zaszło między nami pięć lat temu, kiedy to widzieliśmy się po raz ostatni, on i tak mi pomoże. Zawsze...
    - Kiedy? - zapytał twardo, ale jestem pewien, że w jego głosie dosłyszałem nutkę zawodu. No cóż... Nie przyszedłem tu do niego. To był czysty przypadek, ale dobrze wiedziałem, że nie mogę zmarnować takiej okazji. On jest naprawdę dobrym lekarzem i co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Gdy dowiedziałem się, że jest tu ordynatorem to od razu postanowiłem poprosić go o to żeby cie zbadał. Zrobiłem to dla ciebie. Bo tylko ty się liczysz. Teraz i pięć lat temu również...
    - Dzisiaj. Jak najszybciej. - Odparłem pewnie i niezbyt uprzejmie, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia.
    - Dobrze. Przyjedźcie z Rukim o 11:30. Przyjmę go w moim gabinecie, numer 66. - Skąd u niego ta pewność, że mówiąc o przyjacielu miałem na myśli właśnie ciebie? No tak... Przecież on zawsze wszystko i o wszystkim wiedział. Nawet o tym, że mimo upływu lat wciąż będziemy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. Dla niektórych to bardzo dużo, dla innych wystarczająco, ale co jeżeli ja chciałbym więcej? Znacznie więcej...


    Siedziałem na krześle obok leżanki na której byłeś wraz z nim i musiałem patrzeć jak bada cię stetoskopem przy okazji delikatnie muskając twoją cudowną skórę opuszkami palców. Dobrze wiedziałem, że nie robi tego specjalnie, ale mimo to nie mogłem powstrzymać uczucia zazdrości i frustracji, która z każdą chwilą narastała. Nie chcę, żeby dotykał cię ktoś inny. Wystarczy, że nie raz musiałem znosić to, że z kimś byłeś. Nawet jeżeli to sprawiało mi ból, godziłem się z tym, bo ty tego właśnie chciałeś. Jedyne czego ja chcę to twoje szczęście. Dla ciebie zniosę wszystko.
    - Ehm... Kouchi. I co? - Naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć, ale czy to naprawdę musi tak długo trwać?! Niech to się już skończy. Shiro wypisze receptę, kupię ci leki i pojedziemy z powrotem do domu. Zaopiekuję się tobą... Chcę tylko móc wziąć cię w swoje ramiona i być blisko ciebie. Czy to tak wiele? Tak bardzo cię kocham... Ale nie przejmuj się, nie zrujnuję ci życia. Tylko w jaki sposób mam zapomnieć? Chociaż nie. Wole znosić te tortury przez całe życie niż być z kimś innym.

Ruki
    Kiedy w gabinecie zdejmowałeś ze mnie ubrania, cały spłonąłem purpurą. Na szczęście już wcześniej z powodu gorączki miałem straszne wypieki, więc lekarz i ty wzięliście to tylko za objaw rosnącej gorączki. To nawet dobrze, że jestem aż tak chory.
    Kiedy mnie badał, widziałem jak zaciskasz dłonie w pięści tak mocno, aż pobielały ci kosteczki. Lekko ci drżały. Aż tak się denerwowałeś moją chorobą? Czy to... zazdrość? - "Debilu jeden, otrząśnij się. Nigdy nie widziałem nikogo bardziej naiwnego od ciebie!" - Skarciłem się wtedy w myślach. - "Jaka niby zazdrość? To twój przyjaciel. Heteroseksualny przyjaciel!" - Miałem pewność, że jest hetero. W żuciu był tylko w jednym związku. Sam mi o tym powiedział. Z dziewczyną właśnie. Ale rozpadł się on kilka tygodni po naszym poznaniu. Widzisz Akira? To był chyba jakiś znak. Że nie powinieneś się ze mną zadawać. Że będę tylko dokładał ci zmartwień.
    Zacisnąłeś zęby... Boże, Akira, to źle, ze jestem chory. Jak mogłem przed chwilą uważać co innego?! Wszystko, byle byś był szczęśliwy. Nie chcę być już dla ciebie balastem. I tak całą naszą znajomość nim byłem...
    "Zapalenie oskrzeli." - Zmarszczyłeś brwi zamykając oczy.
    - Tak jak myślałem... - mruknąłeś cicho wyraźnie zmartwiony. Proszę, zniósłbym nawet gdybyś przestał o mnie dbać, bylebyś tylko nie musiał się już martwić!
    Doktor zapisał mi antybiotyk i po wpajanym dzieciom już od przedszkola "Do widzenia" wyszliśmy z gabinetu. Znaczy Ty wyszedłeś, wlokąc mnie za sobą.
    Podszedłeś tylko szybko to apteki znajdującej się w budynku przychodni po leki i poszliśmy do domu. Tak, jak pół godziny temu, szedłem prawie całkowicie zwieszając się na Tobie. W którymś momencie zaczęło mi się robić zimno. Ty, widząc jak szczękam zębami, bez słowa zdjąłeś swój płaszcz i zarzuciłeś go na mnie.
    Akira, przeziębisz się! I to przeze mnie...
    Po schodach musiałeś mnie wnosić. Znowu padła winda, a ja o własnych siłach nie wszedł bym na piąte piętro.
    Byłeś ledwo żywy. Znowu przeze mnie.
    Rozebrałeś mnie i położyłeś na łóżku. Podałeś pierwsza dawkę antybiotyku i jakiegoś syropu z witaminami i minerałami na wzmocnienie. Co chwila biegałeś do kuchni, aby przynieść mi nowej herbaty, kiedy ta którą dałeś mi przed chwilą ostygła lub zdążyłem ją wypić. Kiedy przyniosłeś mi ciepłą zupę, naprawdę nie miałem ochoty, ani siły jeść, ale kiedy zobaczyłem całą gamę uczuć wypisanych na twojej zmartwionej twarzy, przestałem protestować i wysiorbałem ją tak szybko, abym zdążył zanim wrócisz ze sklepu, do którego poszedłeś po jakieś lekkie jedzenie dla mnie. Było warto zjeść, nie tyle przez wzgląd na mnie, ile na ten blady uśmiech, którym mnie obdarzyłeś, kiedy oddałem ci pustą miskę. Widziałem tą ulgę na twojej twarzy, wywołaną tym, że nie będę już cały dzień na głodno. Dla ciebie mógłbym zjeść milion razy tyle i jeszcze nie mieć dosyć. Byle by tylko widzieć jak się uśmiechasz.
    Jakimś cudem dotrwałem tak do wieczora, obserwując tylko tępo twoje starania, aby niczego mi nie zabrakło. Nie musisz tyle dla mnie robić. Niczym sobie nie zasłużyłem. A ty mimo to traktowałeś mnie jak kogoś, komu byłeś dłużny przysługę za uratowanie życia co najmniej. Akira, jesteś dobrym człowiekiem. A raczej aniołem. Tak, aniołem. Niebiańskim stróżem, który mimo że opiekuje się najnędzniejszym z nędznych tworów ludzkich, oddaje mu całe serce i czas. Pokochałbym cię za to jeszcze bardziej, gdyby nie to, że bardziej niż ja ciebie kocham, kochać już się nie da.
    Kiedy zasnąłem, ty siedziałeś na fotelu obok mojego łóżka obserwując mnie bacznie tak, jakby najmniejszy mój gest mógł znaczyć o czymś bardzo ważnym, na skalę światową.
    Akira dziękuję.
    Kocham Cię.

Reita
    Wpatrujesz się we mnie zacięcie, ale po pewnym czasie twoje powieki zaczynają opadać i nic nie możesz na to poradzić. Gdy zorientowałem się, że od dłuższej chwili siedzę tępo przyglądając się twojej pięknej twarzy, wstaję, podchodzę do ciebie i poprawiam kołdrę. Czuję nieodpartą chęć złożenia delikatnego pocałunku na twoich różowych, lekko rozchylonych wargach. Chociaż raz, ten jeden jedyny raz... Ale nie mogę. Wiem jak czuję się osoba, której jeden z najlepszych przyjaciół powiedział, że ją kocha i nie potrafi dłużej tego ukrywać. Mimo olbrzymiej sympatii, którą darzy się owego przyjaciela, nie można mu tego wybaczyć i pewnym jest, że nic nie będzie tak jak dawniej. Takie wyznanie kończy wszytko. Osoba, która je usłyszy czuję się zdradzona, oszukana, ale również obwinia siebie za nieszczęście przyjaciela. Nie chce żebyś musiał znosić coś takiego. Nie pozwolę na to. Wiem, że cie oszukuje i będę się za to winić to samego końca, ale nie powiem ci prawdy. Jesteś zbyt wrażliwy, zbyt wyrozumiały dla mnie. Za to również cię kocham, ale to mogło by sprawić, że gdybym powiedział ci co czuję, to mimo iż nie odwzajemniał byś moich uczuć starałbyś się mnie uszczęśliwić, sam tracąc szansę na owe szczęście..
    Dzwonił Kai. Pytał jak się czujesz. Nie był już zły, również się o ciebie martwi. Twoje zdrowie jest ważniejsze niż wszystkie koncerty razem wzięte. Nie tylko dla mnie, dla Tanabe, Aoiego i Uruhy również. Zaproponował, że przyjdą cię odwiedzić, ale musisz mi wybaczyć - powiedziałem im, że na tą chwile to chyba nie jest najlepszy pomysł. Dam im znać jak poczujesz się lepiej. Przez ten czas będę przy tobie. Nic nie uszczęśliwia mnie bardziej, niż bycie blisko ciebie.
    Posprzątałem w kuchni, wziąłem prysznic i bez zastanowienia ruszyłem zająć miejsce na fotelu obok twojego łóżka. Powinienem iść się położyć na kanapę do salonu, gdzie wcześniej przygotowałem sobie miejsce do spania, ale tak bardzo nie chciałem tracić cię z oczu. Jeszcze chwilę. Popatrzę na ciebie jeszcze tylko przez chwilę...

Ruki
    Kiedy się obudziłem, pierwszą rzeczą którą zrobiłem, było poszukanie ciebie wzrokiem. Nie było cię w pokoju. Zmusiłem się do podniesienia trochę głowy i zerknąłem na zegarek stojący koło mojego łóżka. 11:03. Późno.
    Cały ten czas z kuchni dobiegało szczękanie sztućców i szum gotowanej w czajniku wody. Po chwili po całym mieszkaniu zaczął się rozchodzić aromat świeżo zaparzonej kawy i herbaty porzeczkowej.
    - Ooo, już się obudziłeś? Jak się spało? - zapytałeś z mieszaniną radości i zatroskania w głosie.
    - W miarę dobrze. Ale gdybyś mi nie dał tych leków przeciwgorączkowych, chyba bym nie zmrużył oka ani na chwilę. Dziękuję - powiedziałem cicho.
    - Na prawdę, nie ma za co. Nie mógł bym ci ich nie dać... - mówiąc to podałeś mi herbatę.
    - Mógłbyś. Nikt ci nie kazał. Akira... ja... - W porę ugryzłem się w język "ty głupi!". Dwa słowa, a cała przyjaźń wyparowałaby i nigdy nie powróciła.

    Powiedzieć przyjacielowi, nawet płci przeciwnej, że się go kocha... Chore. Obrzydliwe. Podłe. Wywołujące obrzydzenie.
Ale Ty, Akira, jesteś zbyt dobry. Nie potrafiłbyś mnie odtrącić w podły sposób. Albo oddalałbyś się bardzo pomału, aby nie sprawić mi aż tak wielkiego bólu, a na końcu odszedł z the GazettE, albo, o zgrozo, stworzyłbyś specjalnie dla mnie iluzję związku, samemu cierpiąc. Nie pozwolił bym tobie na ból. Nigdy. Za bardzo cię kocham. Nie chciałbym też cię całkiem stracić. Też za bardzo cię kocham. Wiem, że też byś cierpiał. Ale dużo mniej. To by było lepsze, niż pierwsza opcja. Niż twoje cierpienie...
    Zamiast tych dwóch możliwości, wybrałem jeszcze jedną - moje cierpienie. Mam cię na co dzień. Twój uśmiech. Łagodne, kocie gesty. Twoją piękną twarz. Twoją grę na basie, który tak kochasz. Ale dla mnie to za mało. Za to ty jesteś szczęśliwy, o ile nie liczyć wszystkich związanych z dosłownie niańczeniem mnie problemów...

    Za dużo chcę. Powinienem się cieszyć z tego, co mam. A mam niezwykle wiele. Nikt nie ma tyle. Dla nikogo nie jesteś taki opiekuńczy, dobry i serdeczny jak dla mnie. Powinienem dziękować niebiosom za ciebie. Za samą twoją obecność przy mnie...

    - Tak? Ruki, mówiłeś coś... - Twój głos wyrwał mnie z zamyślenia.
    - Przepraszam, złapałem "zawiechę"...- mruknąłem, a raczej wyszeptałem z powodu całkowitego braku sił. - O czym mówiłem? Przypomnij mi, bo nie pamiętam...
    - Chciałeś powiedzieć coś o sobie. Że ty coś... - Przechyliłeś i podrapałeś się w głowę, patrząc na mnie jak na wariata. I owszem, miałeś rację. W twojej obecności całkowicie traciłem rozum.
    - Umh... Chciałem... chciałem powiedzieć, że nie mam pojęcia czy bym przeżył sam bez ciebie dłużej niż parę tygodni, taką sierotą jestem... - Szybko wymyśliłem coś żeby nie powiedzieć tego, co cisnęło mi się wtedy na usta. - Nie zauważyłeś, że całą naszą znajomość mnie niańczysz?
    - Nie niańczę cię, tylko o ciebie dbam i ci pomagam. Ktoś, kto nie pomaga swojemu przyjacielowi, nie może być nazwany prawdziwym przyjacielem. - Uśmiechnąłeś się jakby wyraźnie rozbawiony moją postawą. A następnie wstałeś, poszedłeś do mnie, nachyliłeś się i pocałowałeś mnie w czoło. - Jak się cieszę, że nie mam młodszego rodzeństwa...
    - Czemu? - Popatrzyłem się na ciebie z dość tępą i wyrażającą niezwykłe zdziwienie miną.
    - Bo sam sobie, i nie tylko ja zresztą, robił bym wyrzuty, że dla ciebie jestem bardziej opiekuńczy i troskliwy, niż dla własnego, rodzonego brata czy siostry. - Roześmialiśmy się oboje. Masz piękny śmiech, Akira. Jeśli będzie dane mi umrzeć przed tobą, chciałbym, abyś śmiał się w momencie kiedy będę odchodził z tego świata. Właśnie... Od zawsze jak brat.

    Poznaliśmy się pewnego zimnego, październikowego wieczora...

    Wracałem ze szkoły bardzo późno, bo miałem korki z matmy. W połowie drogi napadła mnie trójka dresiarzy i zaczęła na początku zaczepiać, a potem jeden z nich walnął mnie w nos. Po chwili dołączyli pozostali. Wtedy ty wyszedłeś zza rogu i widząc całą tą sytuację podbiegłeś, zarzucając na głowę kaptur czarnej bluzy, włożonej pod skórzaną, poobwieszaną łańcuchami, tak samo jak bojówki, skórę w tym samym kolorze. Stanąłeś w najmniej oświetlonym miejscu tak, że było tylko widać zarys twojej postaci i błyski światła odbitego w gładkiej powierzchni metalu. Warknąłeś na nich "Spierdalać. On jest mój." Ponieważ i tak byłeś wysoki, a grube podeszwy glanów tylko dodawały ci centymetrów, drechy uciekły przestraszone, słysząc, a za chwilę widząc ciebie za plecami. W sumie też się nieźle ciebie przestraszyłem. "On jest mój"... Kogo by to nie przeraziło, wypowiedziane ustami nieznanej nam, niezwykle groźnie wyglądającej osoby.
    Stałem pod ścianą sparaliżowany strachem, wpatrując się w Ciebie szeroko otwartymi oczyma. Minęło tak kilka chwil, aż podszedłeś do mnie, zdjąłeś kaptur i o dziwo, uśmiechnąłeś się przyjaźnie.
    - Nazywam się Akira "Reita" Suzuki. Wybacz, że cię nastraszyłem, ale nie było innego sposobu żeby się ich pozbyć.
    - Takanori "Ruki" Matsumoto. Nie ma za co przepraszać. Dziękuję, sam bym sobie nie poradził...

    Tamtego dnia też się mną zająłeś, podobnie jak dzisiaj. Właśnie wtedy stałeś się moim prywatnym ochroniarzem, spowiednikiem, psychoterapeutą, lekarzem i tym co jeszcze było akurat potrzebne. Mimo że na początku protestowałem, ty nie chciałeś ustąpić. Od tamtego momentu zawsze byliśmy nierozłączni. Założyliśmy później wspólny zespól, który teraz bije rekordy popularności. To wszystko tylko dzięki tobie. Gdyby nie ty, już dawno przestałbym przychodzić ze zmęczenia na próby. Ale możliwość popatrzenia na ciebie, kiedy zatracasz się w tym co grasz, przebijała wszystkie argumenty "przeciw".
    Ehh... Straszną rzeczą mieć coś w zasięgu ręki, a jednocześnie nie móc tego dotknąć.

Reita
    "Nie niańczę cię, tylko o ciebie dbam i ci pomagam. Ktoś, kto nie pomaga swojemu przyjacielowi, nie może być nazwany prawdziwym przyjacielem.” – Mówiłem prawdę, co nie zmienia faktu, że na samą myśl o relacjach, które nas łączą teraz i będą łączyć zawsze, czuje coraz większy ból, który z czasem staje się nie do zniesienia.
    Według mnie przyjaźń jest czymś naprawdę wspaniałym, czymś czego każdy powinien doświadczyć i trwać w tym przez całe życie. Przyjaciel to ktoś kto towarzyszy nam w dobrych chwilach i nie opuszcza w tych najgorszych. Brnie z nami bez zastanowienia drogą pełną wzlotów i upadków. Taka osoba zna nas na tyle dobrze, że wie jak pocieszyć, rozśmieszyć czy uszczęśliwić. Z drugiej jednak strony potrafi się nam sprzeciwić, nie kryje innego zdania, a czasami nawet bezczelnie opieprza za coś, co nie spodobało jej się w naszym zachowaniu, postępowaniu czy czymkolwiek innymi. Nie zawsze jest kolorowo, ale czy nie tak wygląda życie? Bywa różnie, lecz prawdziwa przyjaźń wciąż trwa nie zważając na przeciwności, które niestety czasami się zdarzają. Myślę, że nas łączy właśnie coś takiego. Ostatnio jednak zaczynam doznawać masy sprzecznych uczuć, które coraz bardziej mnie męczą. Na ogół wystarczy, że jesteś blisko mnie, ale czasami, gdy wiem, że nie mogę zrobić kolejnego kroku, czuję jak coś wręcz rozrywa mnie od środka. Kiedy mówisz do mnie tym cudownym głosem, a twoje idealne, różowe usta kuszą tak strasznie, gdy ty nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Wystarczy, że sięgasz po herbatę, a ja od razu wyłapuję ten płynnych ruch i myślę o tym jak wspaniale to robisz. Nie ma rzeczy, która by mi się w tobie nie podobała. Gdybyś się przewrócił to ja i tak pewnie pomyślałbym o tym jak zgrabnie wylądowałeś na ziemi, a potem podleciałbym do ciebie zatroskany i przestraszony czy przypadkiem nic sobie nie zrobiłeś. Zaczynam się obawiać, że przez ciebie tracę rozum. Do nikogo nie czuje i nie czułem tego, co do ciebie. Jesteś jeden jedyny… Wyjątkowy.

    - Akira! – Słyszę twój słaby i zachrypnięty głos, który najprawdopodobniej miał uchodzić za krzyk. Uśmiechnąłem się. Nawet teraz mógłbym cię słuchać bez końca. - Ej! - Jezu! Przecież ty mnie wołasz! Tak bardzo dałem się porwać myślą, że przestałem kontaktować z otoczeniem. Twoja wina.
    - Tak? – Siedzę na zarezerwowanym już dla mnie fotelu, a ty najwidoczniej zaniepokojony moim zachowaniem wlepiasz we mnie swoje śliczne oczka.
    - Odleciałeś… Przemęczasz się. Może nie powinieneś cały czas ze mną przesiadywać. Ciągle latasz i coś dla mnie robisz. Niedługo sam się rozchorujesz. Cieszę się, ale nie chce, żebyś przeze mnie…
    - Takanori. Zamknij się. - Przerywam ci dość niegrzecznie, ale nie mogę pozwolić na takie gadanie. Jestem przy tobie, bo tego właśnie chcę. Wstaję, podchodzę do ciebie i bardzo delikatnie popycham cię tak, że znów leżysz na poduszce. Twój wzrok mówi, że nie rozumiesz. Nie wiesz o co mi chodzi. Chętnie bym ci wszystko wyjaśnił, ale nie mogę. Wybacz. - Czy ty jesteś głupi? Przecież doskonale wiesz, że takie gadanie nic ci nie da. Mówisz, że się cieszysz, ale jednak mnie wyganiasz. Nie ładnie Matsumoto, nie ładnie… - Wciąż patrzę ci w oczy i poprawiam kołdrę tak by szczelnie cię zakrywała. - Jak przeszkadza ci moje towarzystwo i chcesz, żebym sobie poszedł to po prostu mi to powiedz. – Wstaję z zamiarem pójścia do kuchni po leki i gorącą herbatę.
    - Ej! – Podnosisz się, łapiesz mnie za ramie i ciągniesz, zmuszając do ponownego zajęcia miejsca obok ciebie. – Wychodzisz? – Pytasz zaniepokojony, na co ja reaguję jedynie cichym śmiechem.
    - Oczywiście, że nie. Możesz sobie pogadać, ale i tak cię nie zostawię. – Wystawiam język, po czym cały czas uśmiechnięty ruszam w kierunku kuchni. Jak wciąż będziesz na mnie patrzył takim wzrokiem to możesz być pewny, że kiedyś nie wytrzymam i rzucę się na ciebie bez żadnego ostrzeżenia.
   
    - Proszę bardzo. – Podaję ci na tacy świeżo zaparzoną herbatę i własnoręcznie przyrządzony obiad. To przez ciebie nauczyłem się gotować.
    - Dzięki. – Wychrypiałeś sięgając po pałeczki, gdy rozległ się irytujący dźwięk dzwonka do drzwi. – Mówiłeś, że chłopaki na razie nie będą przychodzić – stwierdzasz patrząc na mnie z żalem. Na pewno za nimi tęsknisz, ale dobrze wiem jak nie lubisz, gdy wszyscy ciągle pytają jak się czujesz, czy już jest lepiej i czy mogli by ci w czymś pomóc.
    - Bo nie przyjdą. Nie wiem kto to… - Naprawdę nie wiem! Przecież do ciebie nikt nie przychodzi wcześniej nie dzwoniąc, bo zawsze jest możliwość, że cię nie będzie lub po prostu nie będziesz miał ochoty nikogo wpuścić.
    Otwieram drzwi i jak wielkie jest moje zdziwienie, gdy za nimi widzę Kouchiego. Co o on tu do cholery robi?!
    - Cześć. Pomyślałem, że wpadnę i zobaczę jak ma się mój pacjent. – Jak gdyby nigdy nic wymija mnie w przejściu i wchodzi w głąb mieszkania. Zawsze taki był, jednak teraz dostrzegłem coś dziwnego.
    - Jasne, nie ma sprawy. Rozgość się – mówię głosem przepełnionym jadem, gdy widzę jak ściąga kurtkę i wiesza ją na wieszaku zupełnie niczym się nie przejmując, jakby był u siebie w domu.
    - Ach tak. Dziękuję. – Uśmiecha się fałszywie, podnosi torbę, którą wcześniej odłożył i podchodzi do mnie bliżej.
    - To gdzie jest Takanori? - Gdy teraz tak strasznie mnie denerwuje, nie mogę uwierzyć, że kiedyś byliśmy tak dobrymi przyjaciółmi.
    - Od kiedy to mówisz do niego po imieniu? – Jestem zły. Dobrze wiem, że coś knuje. Gdy przyprowadziłem cię do niego na badanie, to nie był taki. Zachowywał się normalnie, a teraz widzę, że coś jest nie tak. Mimo, że minęło pięć lat, doskonale pamiętam jego częste wybryki, których sens potrafił zrozumieć jedynie on.
    - Nie myślisz chyba, że tylko ty zasługujesz na ten zaszczyt, co? – Mrugnął do mnie i poszedł samodzielnie cię poszukać. – Tutaj jesteś. Dzień dobry. – Więc cię znalazł…

    Znów widzę jego ręce dotykające twojej gładkiej skóry, lecz tym razem wydaje mi się, że robi to specjalnie. Na dodatek tak, żebym ja to zauważył. Czuję jak krew mnie zalewa z nerwów i boję się, że jeżeli dłużej to potrwa to nie wytrzymam. Podejdę do niego, odciągnę od ciebie i wyrzucę z domu, mówiąc, że więcej ma się tu nie pokazywać. Chociaż po namyślę stwierdzam, że mógłbym mu jeszcze złamać te paluszki, które nigdy nie powinny mieć kontaktu z twoją piękną skórą.. Naprawdę ci do nie przeszkadza?! Nie. Pewnie nawet nie wiesz co się dzieje. W końcu to lekarz. Tylko cię bada. Ale ja wiem, że to nie tylko o to chodzi! Może chce się zemścić… Za to, że go odrzuciłem właśnie dla ciebie. On tak to widzi, ale prawda jest taka, że nawet gdybym nie czuł do ciebie tego co czuję to i tak nigdy bym z nim nie był. Byliśmy przyjaciółmi. Nic więcej. Ciebie kocham i niebezpiecznie się czuję, gdy jest z tobą Shiro. Bo on zna prawdę…

Ruki
    Kiedy usłyszałem ten dzwonek do drzwi, byłem na prawdę wściekły. Kto śmiał mi przeszkadzać?! Chciałem być z tobą sam na sam. Z nikim więcej. Mieć Cię chociaż na chwilę tylko dla siebie...
    Okazało się że to był ten lekarz. Nie lubię gościa. Jakiś dziwny jest. Poprawka - nienawidzę go. Nienawidzę, jak on się na ciebie patrzy. Obleśnie, obrzydliwie. Dosłownie rozbiera cię wzrokiem. Jak stary zboczeniec skąpo ubraną, młodą dziewczynę. Miałem ochotę go zabić. Mimo choroby czuję, że gdyby nie moja silna wola byłbym to zrobił.
    W którymś momencie zauważyłem, że zaczął mnie dotykać nie tam gdzie powinien, nawet jako lekarz, uśmiechając się przy tym złośliwie do ciebie. Zrobiłeś się cały czerwony i wyglądałeś jakbyś miał go zaraz rozszarpać.
        Byłeś zły?
        Zazdrosny?
        Na mnie?
        O mnie?
        ...
        Nie.
    Nie byłeś ani zazdrosny o mnie, ani na mnie wściekły. Chciałeś go rozszarpać nie za to, że to ja jestem dotykany, a ty byłeś o niego zazdrosny, tylko za to, że on śmie mnie tak dotykać. Tak wiem, poplątane to, ale ma sens. Chwila... skoro chcesz go zabić za to, że mnie dotyka to znaczy że... zazdrościsz mu... mnie! - "Takanori, opamiętaj się. To normalne, że przyjaciel nie pozwala, aby macał się jakiś stary zbok" - skarciła mnie ta bardziej opanowana część mózgu. Przyznałem jej rację.
    - I jak, jest jakaś poprawa? - wyskrzeczałem.
    - Tak, nieznaczna, ale jest. Jeśli tak dalej pójdzie, za siedem dni możesz odstawić antybiotyk.
    - To wszystko?
    - Tak.
    - To mógłby już pan wyjść, doktorze? Chciałbym się zdrzemnąć, aby dalej móc zdrowieć w tym tępię, co dotychczas - kiedy to powiedziałem, zobaczyłem jak nagle zmieniłeś wyraz twarzy w lekkie niedowierzanie i... zadowolenie. Tak, ty też go nie lubisz.
    - Eee... - Lekarz zrobił najgłupszą zdziwioną minę, jaką kiedykolwiek widziałem.
    - Nie słyszał pan uprzejmej prośby Rukiego? Rozumiem pana troskę o pacjenta, ale uniemożliwianie odpoczynku na zdrowie nikomu nie wychodzi. - W Twoim na pierwszy rzut oka uprzejmym tonie głosu, mimo wszytko było słychać ledwo tłumioną wrogość i nienawiść.
    Kiedy z dalej dość dziwną miną został wyprowadzony z pokoju, chociaż widziałem że miałeś ochotę go wykopać, a nie grzecznie wypraszać z domu podszedłeś do mnie i uśmiechnąłeś się. Po chwili zerknąłeś na niezjedzony obiad. -Ryż wystygł... Idę przynieść Ci nowy. Poczekaj chwilę. - Miałeś już wychodzić z pokoju, kiedy odwróciłeś się. -Dziękuję, że go wywaliłeś... - I zniknąłeś w drzwiach.

Reita
    - Sorry, że tak długo, ale... Uh... - Naprawdę pięknie wyglądasz, gdy śpisz. Chciałbym móc kiedyś po obudzeniu się zobaczyć ciebie leżącego obok, przez sen wtulającego się we mnie z tym urzekającym uśmiechem. Ciekawe co ci się śni. Wyglądasz na szczęśliwego.
    Odkładam jedzenie na stolik, podchodzę i okrywam cię kołdrą. Miałem zamiar odejść, ale czy stanie się coś złego jak zostanę jeszcze chwilę? Siadam na łóżku i odgarniam powoli włosy, które bezczelnie opadają ci na oczy. Pochylam się niżej nie mogąc odeprzeć chęci posmakowania tego cudownego różu. Za wiele razy już się powstrzymywałem. Nasze usta łączą się po raz pierwszy. Gdyby ktokolwiek wcześniej powiedział mi, że coś tak niewinnego może być tak niesamowitym przeżyciem, wyśmiałbym go bez zastanowienia. Teraz jednak subtelnie muskam twoje wargi, a dłonie kładę na twoich policzkach delikatnie je głaszcząc. Koniuszkiem języka powoli przejeżdżam po twoich ustach, a ty rozchylasz je nieświadomie, mrucząc przy tym słodko. To mnie otrzeźwiło. Patrzę na ciebie z przerażeniem na myśl o tym co mogłoby się stać, gdybyś obudził się w chwili, w której cię całowałem. Czuję jak policzki zaczynają mnie piec, szybko wstaję z łóżka i wychodzę z pokoju. Stoję w łazience oblewając twarz zimną wodą. Przyspieszony oddech, szybkie bicie serca, czerwone plamy na policzkach i pulsująca erekcja w spodniach. Nie pamiętam, żeby komuś przed tobą udało się wywołać u mnie takie emocje nawet o tym nie wiedząc. I jak ja mam teraz normalnie z tobą rozmawiać... Wiem, że nie powinienem był tego robić. To nie w porządku wobec ciebie, ale... Mimo to, gdybym tylko mógł powtarzałbym to bez końca.
   
    Wziąłem gorącą i bardzo długą kąpiel poddając się nadzwyczajnie rozbudowanej wyobraźni, która bezustannie nasuwała mi przeróżne obrazy z tobą w roli głównej. Gdy wyszedłem z łazienki usłyszałem jak kaszlesz.
    Otwieram drzwi do twojej sypialni i widzę cię siedzącego na łóżku z nogami opuszczonymi na podłogę. Natychmiast przypomina mi się cudowny smak twoich ust i znów czuję ogarniające mnie ciepło. Lecz, gdy dostrzegam, że trzymasz w rękach herbatę, a z kubka unoszą się obłoczki pary, ponownie się we mnie gotuje, ale tym razem ze złości.
    - Jesteś nienormalny?! Jak ty chcesz wyzdrowieć?! Po to tu jestem, żeby ci pomagać, to mógłbyś chociaż łaskawie siedzieć na tyłku i nie wyłazić z tego cholernego łóżka! I to jeszcze boso! - dodaje, gdy zauważam twoje bose stopy spoczywające na panelach. Podchodzę do ciebie i zabieram kubek. - Właź pod kołdrę. - Wydajesz się być trochę zmieszany, ale robisz to co ci mówię. Wiem, że nie lubisz jak krzyczę, chociaż sam robisz to znacznie częściej. Właściwie to tylko, gdy jesteś chory wydajesz się być taki grzeczny. Ale to dobrze. Lubię twój charakterek.
    - Akira... To tylko herbata - mówisz wciąż zachrypniętym głosem.
    - Nawet mnie nie denerwuj. Przecież mogłeś mnie zawołać. Poza tym nie jadłeś jeszcze obiadu. Zaraz ci przyniosę tylko pozbieram te naczynia. - Ile razy będę latać z tym jedzeniem? Ale to nic... Dla ciebie wszystko i jeszcze więcej.
    - Kąpałeś się. Nie chcę cię tak wykorzystywać. - Oho. Jak kiedyś będziesz próbował coś na mnie wymusić to przypomnę ci te słowa. Ty mały wcielony diabełku. Mój diabełku... - Reita? - Ach, cholera. Znów się zamyśliłem.
    - Jasne, jasne. Nie masz nic do gadania - mówię twardo i po raz pierwszy od chwili w której cię całowałem, o czym nawet nie wiesz, patrzę ci prosto w uroczą, a zarazem niesamowicie przystojną twarz. Jak to możliwe, że te dwie cechy mogą się łączyć... - Kurwa mać. Na dodatek znowu masz gorączkę. - Reaguję gwałtownie, gdy orientuje się, że twoja buzia znów spowita jest czerwienią.
    Biorę naczynia i wychodzę z pokoju nie przejmując się twoim urażonym spojrzeniem.

    - Masz. - Podaje ci tabletki i wodę. Bierzesz leki, popijasz i oddajesz mi szklankę. Kładę na twoich kolanach tacę z jedzeniem i siadam na fotelu.
    - Dzięki - odpowiadasz sucho nie obdarzając mnie ani jednym spojrzeniem.
    - Ruki, przepraszam za te krzyki, ale... Przecież wiesz, że ja się po prostu martwię. - Patrzę na ciebie wyczekująco. W pewnym momencie odkładasz pałeczki, obracasz głowę i kierujesz wzrok prosto na moje oczy.

Ruki
    Moja wina. Za wiele nerwów kosztuje Cię zajmowanie się mną.
    - Nic się nie stało. Świetnie Cię rozumiem - powiedziałem cicho, patrząc ci w oczy. Nie mogłem tego nie zrobić. Musiałem poszukać w nich potwierdzenia tego, co mówiłeś. Nie słyszałem tego co prawda po raz pierwszy, ale za każdym razem trudno było mi uwierzyć w to, że ktoś tak wspaniały jak ty się o mnie troszczy. Po raz kolejny miałem ochotę powiedzieć ci, co do ciebie czuję. Ale również po raz kolejny nie miałem na to wystarczająco odwagi.
    Wpatrywaliśmy się tak w siebie dłuższą chwilę, aż nagle otrząsnąłeś się i w dość bolesny sposób przywróciłeś nas...
        Nas?
        Nie.
        Mnie.
        Przywróciłeś mnie do rzeczywistości.
    - Wybacz Ruks, ale rano dzwonił Kai i chce, abym wszystko mu i chłopakom o twoim stanie zdrowia opowiedział. A to trochę za dużo na gadanie przez telefon, więc muszę wyjść. Lider nie dał by ani mi, ani tobie spokoju i zadręczał by nas tylko telefonami, więc zmarnowanie godziny na odpowiadaniu na setki jego pytań to chyba lepsza opcja. - Widząc moją minę dodałeś - no Ruks... Nie rób takiej zbolałej miny. I nie zapłacz mi się tutaj na śmierć, bo będę zmuszony popełnić samobójstwo, bo wyrzuty sumienia że cię nie dopilnowałem nie dadzą mi spokoju, zespół się rozpadnie, bez basisty i wokalisty chłopaki przecież nie będą już chcieli grać, a w efekcie miliony fanek popadną w depresję i posypie się seria samobójstw nastolatek na całym świecie. Myśl trochę co robisz, bo nawet nie wiesz jak to wpływa na cały świat! - Ty kochany głupku... Znowu próbowałeś mnie rozśmieszyć. I wiesz co? Udało ci się. Widząc twoją śmiertelnie poważną minę podczas wygłaszania tego wywodu, nie mogłem się powstrzymać od parsknięcia głośnym śmiechem. Ty tylko się uśmiechnąłeś, ale był to jeden z piękniejszych uśmiechów które gościły na twojej twarzy. - A teraz na poważnie, kruszynko...
    - Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem niski, tylko ty jesteś nienaturalnie wyskoki. - Udawałem obrażonego.
    - W takim razie cała reszta japońskiego społeczeństwa też jest nienaturalnie wysoka?
    - Tak.
    - Nie zgrywaj obrażonej księżniczki, bo ja się obrażę i to na poważnie. - Wystawiłeś język. - A teraz wracając do tematu; zostawiam ci ciepłą herbatkę, kilka kanapek i leki przeciwgorączkowe na szafce. Jedzenie i picie ma zniknąć do czasu, kiedy wrócę, a leki, jeśli będziesz potrzebował, też - powiedziałeś bawiąc się w udawanie zatroskanego rodzica.
    - Baka...
    - Wrócę za jakieś półtora godzinki. - Uśmiechnąłeś się przyjacielsko, ignorując to co powiedziałem i zostawiłeś mnie samego z "paroma kanapkami", a w rzeczywistości ich stosem, herbatą i pudełkiem tabletek.
    Zacząłem rozmyślać, nawet nie zwracając uwagi co, i że w ogóle coś jem...

    Strasznie spaczony jestem... Ale czego można się spodziewać po kimś, kto na koncertach odstawia takie szopki jak ja... Kiedy powiedziałeś, że nie mam nic do gadania, w moim masochistycznym łepku utworzyła się taka wizja z tobą w roli głównej, że aż na twarzy pojawiły mi się ogromne rumieńce. Co ty ze mną robisz? Twoje towarzystwo wpływa na mnie wręcz destrukcyjnie. Dzięki Bogu wziąłeś to za objaw rosnącej gorączki, której wcale wtedy nie miałem. Chyba poza rozwalaniem mojej psychiki przebywanie z tobą wpływa na mnie w jeszcze jeden sposób - zdrowieję w niemożliwym tempie. Gdyby nie ty, pewnie siedziałbym przy otwartym oknie rozwalony na fotelu, całkowicie zapominając o braniu lekarstw.

    Hmmmm... Skończyły się kanapki?

Reita
    - Ile razy mam ci powtarzać, że już jest lepiej? Najpierw wrzeszczysz, że on nie może być chory, a teraz tak się o niego martwisz, że nie chcesz mi wierzyć jak mówię, że wraca do zdrowia. I weź nadąż za takim człowiekiem... - Od dwóch godzin staram się mu wytłumaczyć, że nie leżysz umierający. No dobra może leżysz, ale przecież nie umierasz! Dziwne by było, gdyby Kai chciał mnie słuchać...
    - Nie przekonam się dopóki nie zobaczę na własne oczy - stał przede mną z założonymi rękoma i mówił tonem nie przyjmującym sprzeciwu.
    - Przyznaj się. Od początku o to chodziło, prawda? - Chyba jednak w najbliższym czasie musisz spodziewać się gości.
    - Co? - Udał, że nie rozumie, ale dziwnym trafem jego stan zdenerwowania i ogólnej frustracji zmienił się na dość przyjemny dla otoczenia, o czym informował delikatny uśmiech, który pojawił się na jego ustach.
    - To kiedy impreza?! - Uru podszedł nie wiadomo skąd i klepnął mnie w ramię szeroko się uśmiechając.
    Wiedziałem... - Żadnej imprezy nie będzie - odparłem zrezygnowany. Zawsze tak się kończy.
    - Ale dlaczego? - Zrobił rozżaloną minę, myśląc, że to jakoś wpłynie na moją decyzję.
    - Bo Ruki jest chory! Czy ciebie już do reszty popieprzyło?!
    - Tak, tak... Też cię kocham Rei. - Uśmiechnął się i zawiesił rękę na mojej szyi przysuwając się bliżej. - To może jednak? - zapytał ponownie znacząco unosząc brwi. Już miałem go pizdnąć z całej siły, gdy z drugiej strony rzucił się na mnie Aoi.
    - Przecież sam mówiłeś, że nie umiera... - Shiroyama zrobił maślane oczka i złożył dłonie udając, że ładnie prosi. Czemu ta dwójka zawsze, dosłownie zawsze, nie ważne w zdrowiu, w chorobie, szczęściu czy nieszczęściu, musi męczyć wszystkich o te przeklęte imprezy? To nie tak, że ich nie lubię, wręcz przeciwnie, ale jak na razie najważniejsze jest to żebyś wyzdrowiał.
    - Nic z... - nie dane mi było skończyć bo Aoi zasłonił mi usta dłonią bezczelnie przerywając wypowiedź.
    - A co powiesz na to, żebyśmy zadzwonili w tej sprawie do samego Ruksa? - niby zapytał, ale było to raczej pytanie retoryczne biorąc pod uwagę to, że właśnie wyciągał telefon i próbował znaleźć twój numer.
    - Przestań. Przez was jeszcze bardziej się rozchoruje. - Naprawdę nie podobał mi się ten pomysł. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby sytuacja wyglądała inaczej.
    - Mam plan! - Zbyt duża ekscytacja Uruhy rzadko kiedy oznacza coś dobrego.
    - Już się boję... - wypowiedziałem na głos swoje myśli, a on w odpowiedzi jedynie prychnął i zaczął zdradzać nam owy plan, który przed chwilą narodził się w jego głowie.
    - To może po prostu się umówimy jak mamusia Ruksa - tu zrobił artystyczną pauzę umożliwiającą mu obdarzenie mnie zadziornym uśmieszkiem - pozwoli mu wychodzić z łóżka? Chodzi mi o to, że moglibyśmy wykorzystać troszeczkę jego chorobę. Gdy wyzdrowieje to nie polecimy od razu do managera, tylko najpierw zrobimy sobie fajną imprezkę, a dopiero później powie się, że możemy w pełnym składzie wracać na scenę. Jeden dzień czy dwa wiele nie zmienią, a normalnie pewnie nie mielibyśmy na to okazji przez kilka miesięcy. Co wy na to? - Był naprawdę dumny ze swojego planu i o dziwo nawet ja widziałem w tym sens. Brawo Uru. Brawo.
    - Ty jedyny dobrze myślisz! - Aoi prze szczęśliwy poklepał Uruhe po plecach.
    - No wiem. - Zaśmiał się, ale ochłonął gdy zobaczył poważny wzrok perkusisty zwrócony ku niemu. - Co? - zapytał już nie tak pewnym głosem.
    - Nie podoba mi się ten pomysł - odpowiedział surowo Kai. Nawet mnie zdziwiło jego zachowanie. Co prawda czasami bywał straszny i okrutny wręcz, ale gdy już zdarzała się jakaś okazja na wolne, które nie oznaczałoby przełożenia bądź nie daj boże odwołania próby czy koncertu to był skory do pójścia nam na rękę, a czasami nawet sam coś proponował. Zresztą, przecież jeszcze chwilę temu właśnie do tego dążył.
    - O co ci chodzi? - Aoi również nie wiedział co jest grane. W trójkę ze zdziwieniem wpatrywaliśmy się w lidera, który po chwili wybuchnął głośnym śmiechem wpędzając nas w stan osłupienia.
    - Rzesz ty kurwa! Jaja se znasz robisz?! - Uruha rzucił się na Kaia i obaj wylądowali z hukiem na podłodze. Po chwili dołączył do nich Aoi i w trójkę przepychali się wrzeszcząc na siebie nawzajem i śmiejąc się głośno. Kai może i był uznawany za przerażającego lidera, ale poza nienaturalnymi wymaganiami podczas prób czy koncertów, jest naprawdę świetnym przyjacielem. Zabawny, strasznie gadatliwy i niewiarygodnie pocieszny. Taki właśnie jest nasz perkusista. Chociaż czasami zdarza mi się zastanawiać czy on przypadkiem nie ma rozdwojenia jaźni...
    - Naprawdę, jak małe dzieci... - powiedziałem mimo, iż mnie również to bawiło. Czasami miło by było żyć tak beztrosko, bez żadnych problemów. A może jednak nie... Jakby nie patrzeć kocham swoje życie. Kocham mój zespół, tych czubków którzy są w nim ze mną, występy, publiczność, tą energię i dosłownie wszystko co z tym związane. Teraz nie potrafię wyobrazić sobie innego życia. Nie chce sobie tego wyobrażać. Tak jest cudownie. Gdyby tylko mógł mieć ciebie... Myślę, że byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Co z tego, że czasami bywa ciężko i trzeba zapierdzielać nie patrząc na wszystko inne. To nie ważne, bo to właśnie kochamy.
    - Hipokryta. Przypomnę ci tylko, że z nas wszystkich to tobie i Rukiemu najbardziej odpierdala, tak więc się nie wypowiadaj - powiedział Uruha wystawiając język.
    - Dobra, dobra. Lejcie się dalej, a ja idę. - Zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem z zamiarem wyjścia.
    - Tylko powiedz Rukiemu, że przyjdziemy! Daj znać jak mu się polepszy i jesteśmy! - usłyszałem jeszcze jak za mną krzyczy, gdy zamykałem za sobą drzwi. Już do ciebie idę...

Ruki
    Wszedłeś do mieszkania w nadzwyczaj dobrym humorze.
    - Cztery godziny - powiedziałem urażonym, podenerwowanym głosem.
    - Wybacz, ale Kai był wybitnie namolny. No i jeszcze trzeba było przejechać w jedną i drugą stronę pół miasta.
    - A ty czemu taki zadowolony? - Już w ogóle się na ciebie nie denerwowałem.
    - Bo... Uru wpadł na pomysł, że zaraz jak tylko wyzdrowiejesz zorganizujemy jakąś mocniej zakrapianą imprezę i dopiero kiedy wszyscy wytrzeźwiejemy i dojdziemy po niej do siebie, powiemy managerowi że jesteś już zdrowy - niemalże wyśpiewałeś. Lubię patrzeć na ciebie w takim stanie.
    - A co na to Kai? - zapytałem sceptycznie.
    - Nasz ukochany lider, używający do wykonywania wyroków śmierci siły swoich mistycznych dołeczków, pobłogosławił łaskawie ten pomysł - powiedziałeś jak jakiś zapalony ksiądz wygłaszający kazanie życia.
    - A co na to... ja? Hmm?
    - No to właśnie się miałem ciebie zapytać. - Spuściłeś teatralnie głowę. Blond kosmyki opadły ci na oczy, a ja dałbym sobie rękę uciąć, że gdybyś miał uszka, oklapły by ci one w bardzo uroczy sposób
    - A co jak powiem, że w żadnym wypadku neu?
    - To...
    - Hmm?
    - To... - Podszedłeś do mnie.
    - No słucham.
    - To wtedy... - Zamarłem, kiedy nachyliłeś się nade mną.
    - Wtedy co? - zapytałem już mniej pewnie, czując że się rumienię, kiedy przygniatałeś mnie tak do łózka. Twoją i moją twarz dzieliły zaledwie milimetry, a jakby tego było mało, twój gorący oddech owiewał mi szyję i twarz. Wpatrując się w moje oczy uśmiechnąłeś się przebiegle, ale po chwili odskoczyłeś jak oparzony.
    - Chryste Panie, znowu masz gorączkę! - jęknąłeś nieźle przestraszony moim rzekomym złym stanem zdrowia. "Ja pierdziele, co za palant..." - Już lecę po lekarstwa, a ty wskakuj pod kołdrę! - Pobiegłeś do kuchni. "Co za przygłup! To nie leki przeciwgorączkowe powinienem brać, tylko przeciw-reitowe! Jak on mógł tego nie skojarzyć z sytuacją... " - Załamywałem się w myślach przez twoje beznadziejne łączenie faktów. Chociaż może to i dobrze....

Reita
    Podczas, gdy brałeś kąpiel postanowiłem skoczyć do sklepu po coś do picia. Zaraz mieli przyjść, a u nas, to znaczy u ciebie, nie było żadnych procentów. Zbieranie się do wyjścia zakłócił mi okropnie głośny dzwonek do drzwi. Zanim otworzyłem irytujący dźwięk powtórzył się chyba z dwadzieścia razy. Nie wątpię, że to słyszałeś. - Uruha przysięgam, ja cię kiedyś zabije... - powiedziałem przekręcając klucz w zamku.
    - No hej. - Sprawca mojego bólu głowy uśmiechnął się szeroko i wyminął mnie w przejściu. Zaraz za nim wszedł Kai z Aoim również się uśmiechając na co ja jedynie pokiwałem głową z rezygnacją. Nawet jakbym chciał to po prostu nie potrafię się na nich gniewać. Denerwują mnie i śmieszą zarazem...
    - Gdzie się wybierasz? - Yutaka zatrzymał się i spojrzał na mnie, a pozostała dwójka zniknęła w innym pomieszczeniu.
    - Chciałem iść kupić coś mocniejszego. Impreza musi się jakoś kręcić, nee? - Na samą myśl o zabawie, która miała się niebawem rozpocząć czułem się coraz szczęśliwszy. Naprawdę lubię momenty, w których możemy posiedzieć w piątkę i trochę się po wydurniać. Obecnie nie mamy na to tyle czasu co kiedyś i może właśnie dlatego teraz wydaje nam się to takie fajne. Oczywiście fajne pod warunkiem, że jesteś ze mną i nic ci nie jest!
    - Naprawdę myślisz, że Uru ruszył by tyłek z domu bez zaopatrzenia? - Spojrzał na mnie z rozbawioną miną. - Przyniósł ze sobą całą reklamówkę, a do drugiej Aoi napakował jakieś przekąski. Nawet sobie nie wyobrażasz przez co musiałem przejść zanim tu dotarliśmy... - Westchnął głośno i zaczął mnie ciągnąć do salonu. - Chodź bo zaraz zdemolują cały pokój - jakby na potwierdzenie jego słów usłyszeliśmy łomot dobiegający z pomieszczenia w którym znajdowała się podejrzana dwójka.
    - Nic mi nie jest... - wymamrotał Uruha, a ja z Kaiem wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, gdy zobaczyliśmy go leżącego pod wielkim obrazem kupionym przez ciebie na jakiejś aukcji, który tak właściwie przedstawiał... nie wiadomo co. Jak ty to mówisz... - "To się nazywa abstrakcja! Sztuka sama w sobie!" - Naprawdę nie rozumiem jak jakieś wielkie różnokolorowe plamy, linie przebiegające w nieprzewidywalnych kierunkach i inne niezidentyfikowane obiekty można nazywać sztuką. Ale nich ci będzie. Nie mi to oceniać.
    - To nie jest śmieszne! Zabierzcie ze mnie to paskudztwo! - Czym bardziej się szamotał i wrzeszczał tym bardziej mi się chciało śmiać. Z Kaiem nawet jak byśmy chcieli mu pomóc, to nie wydaje mi się żebyśmy byli w stanie to zrobić. Tylko Aoi, który stał obok niego starał się wybawić go z opresji. A szkoda. To było całkiem zabawne...
    - Dobra, przestańcie już... - Uruha troszeczkę zaczął się denerwować, co mnie wprawiło w jeszcze lepszy nastrój. I właśnie dlatego lubię takie akcje! - Gdzie Ruks? - zapytał zbijając nas z tropu. Nie wiem czy bardziej przejmował się tym, że nie ma cię z nami z czego dopiero zdał sobie sprawę czy może po prostu chciał umiejętnie zmienić temat. Nie ważne co bo i tak mu się to udało.
    - Kąpie się - powiedziałem powoli się uspokajając. Wyglądał naprawdę śmiesznie, gdy tak wierzgał pod tym "dziełem".
    - Aha... Jak przyjdzie to zaczynamy imprezkę?! - Jego dobry humor wracał zaskakująco szybko...
    - Tak, a teraz powykładajcie na stół to co przynieśliśmy, ale nie grzebcie już Rukiemu w szafkach i niczym się nie bawcie! A my idziemy do kuchni po naczynia. Nawet nie chcę sobie wyobrażać co wy byście z nimi zrobili niosąc je tutaj... - Muszę przyznać, że Kai miał w tym trochę racji.
    - Dobra, dobra. Idźcie już - powiedział Uru, a my łaskawie wykonaliśmy jego prośbę.

    - Jezu jakie to marudne... - Uruha mruczał pod nosem wyciągając prowiant z reklamówek.
    - Ale jak pizdnąłeś to, aż się wszytko zatrzęsło. Dobrze, że Ruki tego nie widział. Nie wiem czemu podoba mu się to... coś. - Zerknął jeszcze raz na obraz, który stał już na swoim miejscu i wziął się za pomaganie przyjacielowi.
    - Aoi! - Uru krzyknął tak głośno i nagle, że Shiroyama aż podskoczył z dziwnym piskiem wydobywającym się z jego gardła. - Ej... Nawet nie wiedziałem, że potrafisz wydobywać z siebie takie dźwięki - dodał szczerze zaskoczony i rozbawiony zarazem, zapominając na chwilę o tym co właśnie wymyślił.
    - Spierdalaj! Czego tak wrzeszczysz?! - również krzyknął, ale już nie tak głośno. Czasami zastanawiał się jak to jest możliwe, że ten co najmniej mówi podczas wywiadów czy nawet na koncertach, gdy ma dostęp do mikrofonu, jest tak pierdolnięty. Ale to jedna z jego pozytywnych cech...
    - Mam pomysł! - Uśmiechnął się uradowany.
    - Znowu? - Westchnął Aoi.
    - No co? Przecież moje pomysły są genialne, cudowne i w ogóle jedyne na świecie, a ten kto powie inaczej ma wpierdol! - Uruha uśmiechnął się jak kaczka. Nie wiem co fanki widzą w nim takiego uroczego, bo według mnie ten uśmiech jest paskudny... - Zagramy w butelkę!
    - Co?
    - Nie pytaj Kai "co", bo ty już dobrze wiesz co. Ja gram! - Aoi aż podskoczył i przyklasnął z podekscytowania.
    - A ja nie gram - mruknąłem. Aż za dobrze pamiętam, kiedy na ostatniej takiej zabawie kazali mi oświadczyć się osiemdziesięcioletniej sprzątaczce...
    - No nie bądź taki... - Gitarzyści zwiesili się na moich obydwu ramionach, każdy robiąc do mnie maślane oczka z innej strony.
    - Będę. Spadać ciołki - burknąłem.
    - Kai! Reita to sztywniak i nie chce z nami grać w butelkę! - Aoi i Uruha poskarżyli się liderowi jak małe dzieci.
    - No i patrz ty niedobry beznosy potworze! Uruha przez ciebie jest smutny! Wstydź się ty ty! - dodał po chwili czarnowłosy gitarzysta obejmujący udającego płacz rudzielca.
    - Rei... - Westchnął Kai - My chyba jesteśmy jedyni normalni.
    - Hej. Już przyszliście? A czemu Uruha płacze? - Nagle pojawiłeś się w drzwiach salonu.


Ruki
    - Bo jest głupi...
    - Reita, za podły dla niego jesteś. On jest tylko... osobą luźniej podchodzącą do życia. Nawet bardzo poważnych spraw...
    - Tak. A podejście ma tak luźne, że jego mózg miał dosyć i dawno temu uciekł w popłochu.
    - Wypraszam sobie! On tylko chwilowo zniknął, bo skoczył po piwo!
    - Uruha zamknij się! Nie widzisz że maleństwo potrafi cie wybronić bez twojej pomocy?
    - Spadaj Aoi - burknął Uru.
    - Mhm... Nasze gołąbeczki już się nie lubią?
    - Lider, siedź rzesz cicho! - syknęli obydwaj gitarzyści.
    - No żeby się tylko nasze dwie księżniczki nie obraziły.
    - Kai, morda!
    - Mam was wylać? - Lider w końcu się wkurzył.
    - Umh... Nie, ale wiesz... To jest takie...
    - A co wam szkodzi? Hmm?
    - Do jasnej cholery, mogę się dowiedzieć o co tutaj chodzi?! - Po dłuższym czasie przysłuchiwania się dość dziwnej rozmowie, postanowiłeś się spytać o co chodzi
    - Przyłączam się do pytania. - Popatrzyłem wyczekująco na gitarzystów i lidera.
    - Problem w tym, że nikt tego do końca nie wie. - Uruszka wyszczerzył się i wystawił nam język, Aoi parsknął śmiechem, a Kai palnął się otwartą dłonią w twarz.
    - A wracając do pytania... Dalej nie dowiedziałem się, czemu rudy płakał.
    -
Bo zuy i niedobji Reirei nie chce gjać z niami w bjutejkę i jeście zwizywaj niaś od ciołkiów...
    - Aoi, załamujesz mnie.
    - Wiem. - Gitarzysta złapał niemożliwy wyszczerz.
    -
Ale zagjasz z niami w butejkę? - tym razem zapytał Uruha.
    - Ty się mnie pytasz, czy zagram? Jasne że tak!
    -
A ljidier? 
    - Lider się zgodzi, prawda?
    - Taa... Zrobię wyjątek.


    I tym oto sposobem, po opróżnieniu trzeciej butelki mocnego sake, bo pierwsze dwie nam się zaraz po wypiciu nie wiedzieć czemu stłukły, Uruha, Aoi, Kai i ja siedzieliśmy na środku mojego salonu grając w butelkę. Ty poszedłeś wtedy do kuchni po coś do jedzenia.

    - Uruha! Haha! Prawda czy wyzwanie?
    - Aoi, ty podelcu... Dawaj wyzwanie i już nie znęcaj się nade mną. Czemu wszyscy cały czas trafiają na mnie? Raz nawet sam na siebie trafiłem - siąknął smutno gitarzysta.
    - Hmm... Kai, masz jakiś pomysł?
    - Nie. Chociaż... Ruki przysypia. Zrób coś z tym.
    - Sam tego chciałeś! Uru, pocałuj Ruksa!
    - Co?!
    - Sam słyszałeś! Nic nie obudzi lepiej naszej śpiącej królewny, niż przystawiający się do niego Uruszka. Mvahahaha!
    - Przerażasz mnie....
    - No dalej!
    - Proszę, nie...
    - Nie ma mowy.
    - A jak to później odpracuję?
    - A jak niby?
    - Oj ty już za dobrze wiesz jak...
    - Nie próbuj mnie przekupić, chciałeś wyzwanie, to je masz. A odpracować nawet jeśli nie będziesz miał co, i tak ci każę.
    - Nie lubię cię...
    - Też cię kocham
    Po chwili zostałem brutalnie wybudzony z rozmyślań o tobie, przez niechętny ale jednak, pocałunek "kaczuszki". Jak na zawołanie właśnie wtedy pojawiłeś się w drzwiach salonu
    - Eee... To ja jeszcze skoczę po sake do sklepu - powiedziałeś i wyszedłeś, zostawiając mnie z tymi palantami samego.

Reita
    Zawsze gdy byłeś z jakąś dziewczyną przechodziłem niewyobrażalne katusze. Gdy widziałem jak którąś z nich całujesz, przytulasz, a nawet gdy niewinnie się do nich uśmiechałeś czułem jakby moja żałosna egzystencja w każdej chwili mogła dobiec końca. To była jednak tylko złudna nadzieja na uśmierzenie bólu, który z biegiem czasu wciąż rośnie. Tak to już chyba jest, że osoba którą się kocha najbardziej jest w stanie zadać największy ból... nawet o tym nie wiedząc. Od początku staram się sobie wmówić, że wystarczy mi tylko możliwość bycia blisko ciebie, ale teraz nie jestem już tego takie pewien. Wcześniej znosiłem te dziewczyny bo tobie na nich zależało, a mi z kolei najbardziej zależy na twoim szczęściu. Najgorsze były chwile, gdy jakaś szmata bezczelnie cię porzuciła niczym zabawkę którą po pewnym czasie po prostu się znudziła. Nie rozumiem tego. Jak można dobrowolnie zostawić najwspanialszą osobę na tym przeklętym świecie?! Gdy musiałem patrzeć jak cierpisz, gdy coś takiego się zdarzyło w mojej głowie samoistnie pojawiały się przeróżne scenariusze w których owa panna kończy w najgorszy z możliwych sposobów. Ja nigdy bym ci tego nie zrobił...
    Chwilę temu, gdy zobaczyłem cię z nim... Nie byłem zły, zdenerwowany, ani nawet nie miałem ochoty nic mu zrobić. W momencie w którym was razem zobaczyłem poczułem się... zdradzony. Wiem, że to chore bo przecież możesz robić z kim chcesz co tylko chcesz, a ja nie mam nic dogadania na ten temat, ale... Dlaczego z nim? Czemu nie z kimś innym? Mimo, iż była to tylko pieprzona gra w butelkę to i tak cholernie zabolało. Przecież ty nigdy nie byłeś z żadnym facetem. A może byłeś tylko ja nic o tym nie wiem? Może ten cały fanservice miał w sobie coś więcej... Od samego początku bałem się jak zareagujesz na wieść o tym, że chciałby być z tobą facet, a teraz gdy myślę o tym, że sam już z jakimś byłeś zaczyna ogarniać mnie frustracja nad którą nie wiem czy będę wstanie zapanować. Boję się, że zaczyna mi przez ciebie odbijać. Już sam nie wiem co mam o tym myśleć. Jestem jednak pewien, że mam dosyć krycia się z tym co do ciebie czuję. Nie jestem już w stanie znosić twojej bliskości z innymi. Nie chce tego więcej widzieć.
    - Proszę pana! - dziewczyna głośnym krzykiem wyrwała mnie z rozmyślań.
    - Ach, przepraszam. - Wziąłem od niej sake i resztę którą mi wydała, po czym wolnym krokiem ruszyłem z powrotem do ciebie.

Ruki
    - Uruha, złaź ze mnie.
    ...
    - Do jasnej cholery Uruha!
    ...
    - No spierdalaj no!
    - Łmh... Brgr...
    - A po japońsku?
    - Nie.
    - Wkurwiasz mnie.
    - Wiem o tym.
    - Kai ratuj! Aoi, weź go!
    - Mvahahaha! Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. I tak gdzieś zniknęli...
    - Co? Obydwaj naraz? O ja pier...
    - Co ty masz na myśli?! Aaa Ruki ty spaczylu!
    - I kto tu jest spaczylem? - mruknąłem niskim, kuszącym głosem do Uruhy. Ale... właśnie wtedy musiałeś wejść ty.
    Cała ta scenka na kanapie musiała wyglądać dla kogoś z boku dość sugestywnie - podchmielony Uruha, zarumieniony z nerwów na wzmiankę o Kaiu i Aoim, siedzący okrakiem na również zarumienionym, ale z powodu przyduszenia ciężarem kolegi, wokaliście mruczącym do niego że jest spaczylem, poza nimi nikogo innego w pokoju i na dodatek walająca się pod kanapą zmiętolona bluzka gitarzysty. Nic dziwnego, że ci spadła szczena. Kto by tak nie zareagował, widząc najlepszego przyjaciela w sytuacji, która by wskazywała na coś ważnego, o czym on nigdy nie mówił. W tym przypadku pociągu do płci męskiej. No ale nie do tej konkretnej osoby no!
    Zaraz... A czemu Uruś tak zareagował na ten mój tekścik o liderze i gitarzyście? Czyżby coś pomiędzy nim, a którymś z nich było?

Reita
    Muszę się uspokoić. Na pewno nic ich nie łączy. To tylko moja chora wyobraźnia...

    Wszedłem do mieszkania i od razu ruszyłem do salonu. To jakiś żart prawda? Leżałeś na kanapie przygnieciony wpół nagim ciałem Uruhy, a z twojego gardła wydobywał się niesamowicie kuszący głos. Nie mam pojęcia o czym mówiłeś, mogłem się skoncentrować jedynie na tym co dane mi było ujrzeć. Gdy zauważyłem soczyste rumieńce, które widniały na twoich i jego policzkach moje zdenerwowanie wzrosło jeszcze bardziej. Tego już było za wiele. Nawet jeżeli coś jest między wami, ja nie mam zamiaru tego tolerować. Chcę żebyś był mój. Tylko mój.
    Zauważyłeś moją obecność dopiero gdy usłyszałeś jak szklana butelka sake którą jeszcze chwilę temu trzymałem w dłoni wylądowała na podłodze tłukąc się na drobne kawałki. Wysunęła mi się z rąk i nawet nie zauważyłem kiedy.
    - Reita... - wyszeptałeś zaskoczony i nagle zacząłeś odpychać od siebie Uruhe. Jeżeli nie chciałeś żeby ktoś was zobaczył w takiej sytuacji to wtedy było już trochę za późno.
    - Ruks... no przestań. - Ścisnął cię jeszcze bardziej, a ja nie potrafiłem już nad sobą panować. Podszedłem do niego i szybkim ruchem zrzuciłem na podłogę. Nie myślałem trzeźwo. Kierowała mną zazdrość i złość, której wcale nie próbowałem powstrzymać.
    - Co ty...
    - Zamknij mordę! - wrzasnąłem na Uruhe przerywając mu niewyraźny bełkot. - A my chyba powinniśmy poważnie porozmawiać - powiedziałem do ciebie twardo i nie czekając na odpowiedź złapałem cię za rękę i pociągnąłem za sobą do kuchni.
    - Co ty odpierdalasz?! - znów krzyknąłem, popychając cię na ścianę.
    - Chyba nie rozumiem...
    - Dlaczego on?! - Byłem wściekły. Nie zastanawiałem się nad tym co możesz sobie o mnie pomyśleć. To trwało już zdecydowanie za długo.
    - Co? - zapytałeś zdziwiony patrząc mi prosto w oczy.
    - Odpowiedz! - nie powinienem cię tak traktować, ale to było silniejsze ode mnie.
    - Co mam odpowiedzieć jak nie wiem o czym ty bredzisz?! Jaki on?! I czemu się tak na mnie drzesz?! Odjebało ci czy jak?!
    - Tak! Tak, odjebało mi! I to już dawno temu! A wiesz czyja to wina?! - Tak jak wcześniej zdarzało mi się na ciebie drzeć, w porównaniu z tym zdawało się być jedynie cichym szeptem. - Twoja i tylko twoja!
    - A to niby dlaczego?!
    - Bo cię kocham kurwa! - krzyknąłem ci prosto w twarz i nagle dotarło do mnie co tak właściwie zrobiłem. - Po prostu cię kocham... - dodałem już szeptem. Bałem się tego co powiesz, ale nie mogłem już zaprzeczyć swoim słowom.


~~~
Czytaj dalej…