Spojrzał wstecz - nie był sam...

Pisane wspólnie z Kanashii.

~~~

Ruki
    Stanęło mi serce. "Bo cię kocham" - i chuj z tą "kurwą" na końcu zdania. Reita, coś ty powiedział... Nie. Znowu podkolorowuję. Rzeczywiście mnie kochasz, ale jak brata. Chociaż... gdybyś mnie kochał jak brata, nie zareagował byś tak. Nie powiedział byś, że ci przeze mnie odjebało. Kurwa! To pewnie przez ten alkohol. To nie możliwe! To zbyt piękne...

    - Reita? - Nie odpowiedziałeś. Wyszedłeś, zanim otrząsnąłem się z szoku na tyle, aby cokolwiek z siebie wykrztusić. "Takanori! Ty jebany debilu!"

    Po chwili do kuchni wpadli Aoi i Kai.
    - Ruks! Gadaj, co to za wrzaski.
    - I dlaczego Uru leży na dywanie, udając trupa i bełkocząc, że przez Reia znowu mu się krzywda dzieje?
    - I obiecując że do końca życia się w sobie zamknie?
    - Kurwa Kai, dlaczego ty masz ananasa zamiast głowy?
    - Aoi, odstaw to zielsko.
    - No to już wiem, dlaczego was nie było... - W końcu udało mi się dojść do głosu. - "I chwała wam za to" - dodałem w myślach.

    Nie mam pojęcia, co jeszcze robili Uru, Aoi i Kai przez kolejne dwa dni, ale ja siedziałem w domu, próbując dodzwonić się do ciebie. Nie odbierałeś. "Kurwa... Na szczęście jeszcze tylko dwa dni i próba."

Reita
    Za dwie godziny próba. Nie chce tam iść. Boję się tego co możesz mi powiedzieć. Przeraża mnie myśl o chwili, w której mówisz mi, że to koniec. Koniec naszej przyjaźni która trwa już od tylu tat. Nie łudzę się, że znowu będzie tak jak dawniej. Że łaskawie zapomnisz o tym co powiedziałem. Chociaż i tak nie wydaję mi się żebym po tym był w stanie zachowywać się tak jak wcześniej. Teraz pewnie dzwonisz żeby nagadać mi jaki to jestem podły i odrażający, jednak nie masz ku temu okazji. Od momentu w którym powiedziałem ci co czuję ani razu nie rozmawialiśmy. Nie odebrałem ani jednego telefonu. Zamknąłem się w swoim mieszkaniu i myślałem co teraz będzie. Jak będzie wyglądać moje życie. Jak będziemy grać wspólnie kiedy ja nawet nie potrafię z tobą porozmawiać przez cholerny telefon. I co najważniejsze, jak zniosę myśl, że jesteś z nim. Z naszym przyjacielem, którego naprawdę lubię i szanuję, a wręcz od zawsze traktuję jak brata. Wiem, że zachowuję się jak dzieciak, który nie potrafi stawić czoła własnym problemom, ale tak właśnie się czuję. Nie wiem jak temu sprostać. Nawet jeżeli już umieram przez brak twojej osoby to i tak chciałbym móc zaszyć się tu na zawsze i już nigdy w życiu nie pokazywać światu. Ale nie mogę tego zrobić. Wystarczająco dużo spieprzyłem. Muszę iść na próbę i dać z siebie wszystko. Tylko o tym teraz będę myślał.
    Zjadłem śniadanie, wykąpałem się, ogarnąłem i pojechałem na spotkanie z wami.
   
    Gdy wszedłem do studia wszyscy byliście już na miejscu. Kai siedział przy perkusji, ale nie grał tylko notował coś na kartce, zapewne planował jakie piosenki zagramy na przyszłym koncercie. Aoi stał z gitarą i majstrował coś w kablach. Uruha kręcił się ze swoim instrumentem robiąc te swoje zwinne ruchy, a ty siedziałeś na kanapie pod ścianą z mikrofonem w ręce. Wyglądałeś na zamyślonego.
    Dopiero gdy usłyszeliście zamykające się drzwi, zorientowaliście się, że ktoś przyszedł. Nie spóźniłem się. To wy byliście za wcześnie. Bo czy przyjście dziesięć minut po wyznaczonym czasie można nazwać spóźnieniem? Bez przesady.
    - O, jesteś. Co się stało, że tak nagle wyszedłeś z tamtej imprezy i dlaczego nie odbierałeś telefonu? - Kai od razu wstał, podszedł do mnie i zaczął zadawać masę dziwnych, a zarówno dość kłopotliwych pytań. Na wszystkie odpowiadałem jedynie że na to, czy na tamto właśnie miałem lub nie miałem ochoty. Wiedział, że nie ma sensu pytać o nic więcej.
    Przez cały czas czułem na sobie twój wzrok. Próbowałem o tym nie myśleć, ale mimo moich wielkich starań to nie było łatwe. Piosenki z którymi nigdy nie miałem problemu, dzisiejszego dnia wychodziły mi nadzwyczaj okropnie. Potrafiłem pomylić się na najprostszych chwytach. Wszyscy patrzyliście na mnie z niedowierzaniem, a lider co chwilę darł się, że twoja choroba wystarczy nam na bardzo długo i drugiej nie potrzebujemy. Dopiero pod wieczór zacząłem grać w miarę normalnie.
    Kilka razy próbowałeś ze mną porozmawiać, ale umiejętnie cię spławiałem bredząc coś o ćwiczeniach czy innych dziwnych rzeczach. Nie mogłem z tobą rozmawiać. Musiałem się skupić na grze. Inaczej wszystko by się posypało.

    - Reita! - zawołałeś za mną, gdy miałem wychodzić do domu. Byliśmy sami, reszta przed chwilą wyszła. - Zaczekaj chwilę.
    - Sorry, ale trochę mi się spieszy. - Proszę daj mi spokój... Błagam.
    - Czemu mnie unikasz? - Nie uważasz, że po tym co ci powiedziałem to trochę głupie pytanie? Nie miałem zamiaru na nie odpowiadać.
    - Idziecie czy nie? - Kai wszedł z powrotem do studia nieświadomie mi pomagając.
    - Ta, idziemy - Wziąłem swoje rzeczy i nawet na ciebie nie patrząc wyszedłem na zewnątrz.
    - Jutro widzimy się o dziesiątej! - lider jeszcze zdążył krzyknąć i zaraz zniknąłem z twojego zasięgu.
    Od razu pojechałem do domu. Nie miałem na nic ochoty. Rzuciłem się na łóżko i nigdzie indziej już się tego dnia nie ruszałem. W nocy nie mogłem zasnąć. Wciąż myślałem o tobie, o tym jak mam to wszystko naprawić i czy to w ogóle jest jeszcze możliwe.

    Rano wstałem niewyspany z okropnym bólem głowy. Spałem może z trzy godziny. Na pewno odbiję się to na mojej grze. Chociaż wątpię czy jestem w stanie grać gorzej niż na początku wczorajszej próby.
    Powtórzyłem czynności z poprzedniego poranka i ponownie pojechałem do studia.

Ruki
    "Czemu mnie unikasz?" Głupie pytanie. To przez to, co mi powiedziałeś na tej zasranej imprezie. Pieprzony alkohol. Byłeś spity, wybełkotałeś nie to co trzeba, a teraz się męczysz. Na próbach też cały czas próbowałeś mnie zbyć.
    To już chyba półtora tygodnia od pierwszej próby po mojej chorobie...

    W końcu udało mi się - zostałem z tobą w sali sam na sam. Nareszcie mogłem ci powiedzieć, że to nic takiego, że rozumiem, że po pijaku robi się różne rzeczy. Musiałem to zrobić, nie mogłem patrzeć na twój ból. Mimo, że jednak nie chciałem... Nie chciałem odbierać sobie nadziei. Sprawiać sobie samemu bólu.
    To wszystko dla ciebie Akira. Bo cię kocham. Kocham ponad wszystko. Mógłbym oddać za ciebie wszystko. Sławę, fanów, cały majątek. Życie.
    - Akira...
    - Przepraszam Ruki, ale nie mogę gadać. Umówiony jestem... - Oddalałeś się. Nawet przestałeś używać mojego imienia. "To wszystko kurwa przeze mnie! Nienawidzę się za to, że musisz cierpieć. Nawet nie wiesz jak bardzo nienawidzę..."
    - Trudno. Pięć minut cię nie zbawi. Mam ci coś do powiedzenia.
    Westchnąłeś cierpiętniczo.
    - Chodzi mi o tamtą imprezę.
    - Ruki... ja... ja byłem pijany. Nie miałem nawet pojęcia co mówię. Ja... ja cię bardzo przepraszam. Bo wiesz... Nie chciałbym, żeby nasza przyjaźń przez ten incydent się... zniszczyła. - Zabolało. Cholernie zabolało.
    - Wiem o tym - przerwałem mu stanowczo, wbijając sobie jeszcze głębiej nóż w serce. - I nie masz za co mnie przepraszać. Sprawy nie było, nie przejmuj się tym. - Uśmiechnąłem się do niego radośnie, jednocześnie czując napływające mi do oczu łzy. - Na prawdę, nie mam ci tego za złe. Taka błahostka nie jest warta niszczenia naszej przyjaźni. - "Takanori, ty pieprzony masochisto!" - A teraz już ci nie przeszkadzam, leć na to twoje ważne spotkanie - ledwo co się powstrzymałem przed wybiegnięciem z płaczem z sali. Dopiero kiedy zamknąłem się w swojej garderobie pozwoliłem sobie na płacz. "Akira... Ja cię kocham! Ale ta miłość boli..."

Reita
    To chyba najlepsze co mogło mnie w takiej chwili spotkać, więc dlaczego... Czemu czuję się tak okropnie? Przecież wiedziałem, że nigdy nie odwzajemnisz moich uczuć. Nawet na to nie liczyłem, ale teraz gdy mi powiedziałeś, że zapomnisz o tym co powiedziałem bo wiesz, że to wina alkoholu, czuję się jeszcze gorzej niż wcześniej. Mam już dosyć tej całej szopki, którą odgrywam przed tobą od samego początku. Zawsze starałem się być względem ciebie szczery i uczciwy, nie mówiłem ci tego co tak naprawdę do ciebie czuję. W żaden inny sposób cię nie oszukiwałem. A teraz czuję się tak jakbym był najgorszym śmieciem. Powiedziałeś, żebym się już nie martwił, ale ty sam wyglądałeś na przygnębionego. Boję się, że twoje słowa nie do końca były szczere. Tak jak myślałem jesteś dla mnie zbyt dobry. Nie wiem jak, ale muszę coś z tym zrobić. Nie pozwolę ci cierpieć. Mogę nawet odejść i więcej się tobie nie pokazywać na oczy jeżeli chociaż w najmniejszym stopniu poczułbyś się z tym lepiej. Mimo, że sam sobie doskonale radzisz i wcale nie potrzebujesz opiekunki, to ja i tak zawsze chciałem cię bronić, ochraniać i pilnować, a teraz czuję że to właśnie ja wyrządzam ci największą krzywdę. Nie chcę tego.
    Powiedzieliśmy sobie, że jest wszystko w porządku, więc czemu się tak zachowujemy? Prawie wcale nie rozmawiamy. Jedyne co robimy wspólnie to granie. Tylko nie wygląda to tak jak kiedyś. Nie śmiejemy się, nie wygłupiamy. Robimy to co do nas należy i na tym koniec. Chłopaki ciągle pytają o co chodzi, ale żaden z nas tak naprawdę nie wie co ma odpowiedzieć. Bardzo się o ciebie martwię. To wszystko moja wina.
    - Cholera jasna.. - gdy miałem jechać odebrać nowy bass, zorientowałem się, że zostawiłem portfel w studiu. Nie miałem wyjścia. Musiałem po niego wrócić.

    - Ruki? Eee... Co ty tu robisz? - Gdy dojechałem na miejsce i zamykałem samochód, zauważyłem ciebie idącego do wejścia. Byłem zaskoczony twoją obecnością bo na próbie mówiłeś Kaiowi, że cały wieczór będziesz siedział w domu nad tekstem nowej piosenki. Dlatego też odmówiłeś mu wspólnego wyjścia na piwo. Mnie nawet o to nie pytał. Wiedział, że ostatnio nie interesują mnie takie wypady. Aoi z Uruhą również mu odmówili tłumacząc się - "nową kompozycją" - jak to ładnie określił Uru. Mieli siedzieć w studiu do późna. A może to właśnie do niego przyjechałeś...
    - Skończyłem piosenkę i chciałem pokazać ją Aoiemu - powiedziałeś dość niepewnie - a ty?
    - Ja... Ehm... Zapomniałem portfela, a muszę jechać po bass. - Nigdy bym nie pomyślał, że rozmowa z tobą mogłaby mi przychodzić tak ciężko. Nic już nie mówiliśmy tylko obaj weszliśmy do budynku.
    - Gdzie on jest... - Nie mogłem znaleźć zagubionej rzeczy. Nie wiele różniłem się od ciebie z tym, że w przeciwieństwie do mnie ty zgubiłeś człowieka.
    - Masz. - Podałeś mi moją zgubę. - Był za kanapą. Gdzie ten Aoi polazł? Uruhy też nie widzę. Ale ich rzeczy są...
    - Dzięki. Jak chcesz to.. mogę z tobą poczekać. Może poszli to toalety albo coś... - Tęskniłem za tobą. Za wszystkim co z tobą związane.
    - Razem?
    - Co? - nie do końca zrozumiałem.
    - Razem poszli do łazienki? - O tym nie pomyślałem...
    - No nie wiem. To chodź poszukamy ich. - Wyszedłem z pokoju, a ty tuż za mną.
    - Nie musisz tu ze mną być - powiedziałeś cicho wciąż idąc obok mnie.
    - Och! Ach! - usłyszeliśmy dość jednoznaczne jęki, które stawały się coraz głośniejsze gdy dochodziliśmy do końca prawego skrzydła budynku, czyli do miejsca, które znajdowało się po drugiej stronie budynku od tego w którym zawsze ćwiczymy.
    - Eee... - Gdy już byliśmy pewni co do odgłosów zatrzymaliśmy się i żaden z nas najwyraźniej nie miał zamiaru iść dalej. - Czy to... Uru z Aoim? - Nie mogłem w to uwierzyć. Spojrzałem na ciebie, a na twojej twarzy zauważyłem słodkie rumieńce. Ale zaraz zaraz! Jak Uru z Aoim jak ty i Uru... O kurwa.
    - Chyba lepiej będzie jak pogadam z nim jutro... - Gdy usłyszeliśmy kolejną dawkę głośniejszych jęków zaczerwieniłeś się jeszcze bardziej, odwróciłeś się i zacząłeś odchodzić.
    - Zaczekaj. - Złapałem cię za rękę zatrzymując. - Ale przecież ty i Uru... A on teraz z Aoim. Co tu się dzieje?
    - Co? Jaki ja i Uru? Że oni coś kręcą domyślałem się już od jakiegoś czasu, ale nie wiedziałem, że będę tego w pewnym sensie świadkiem.
    - To ty i Uruha nie tego... - Chyba do reszty zgłupiałem.

Ruki

    - Akira? Ty myślałeś, że ja jestem z... Uruhą?
    - Co? Nie byliście razem? A ja już chciałem Cię tutaj pocieszać... Jezu, to dobrze.
    - Nie Aki. Uruha nigdy mi się nawet nie podobał - po chwili dodałem. - To miło, że się o mnie tak troszczysz. Dziękuję. Nawet nie wiesz, jaki jesteś dla mnie ważny. - Kiedy to powiedziałem, dałbym sobie głowę uciąć, że spod bandamki wypełzało lekko coś jakby... rumieniec? Hmm... Nie. Gra świateł. - Na korytarzu nie było okien, więc jedynym źródłem światła były momentami przygasające już jarzeniówki. A nawet jeśli to i tak było tam dosyć duszno. Przecież była zima, a co za tym idzie wszystkie kaloryfery połączane na full.
    - Na prawdę nie ma za co dziękować. Przecież przyjaciele są po to, żeby sobie pomagać - powiedziałeś wesoło. Oj tak. A ty biedny nawet nie miałeś pojęcia, do jakiej "pomocy" miałem ogromną ochotę Cię zaangażować... Ale ze mnie spaczyl.

    Od tego dnia wszystko zdawało się już z powrotem układać. Śmialiśmy się razem, chodziliśmy na imprezy. Cała nieprzyjemna atmosfera w zespole poszła w zapomnienie. Miesiąc później Kai przyczłapał do nas smutny. Dziwne, on prawie zawsze się śmiał...
    - Chłopaki, zła i jednocześnie dobra wiadomość.
    - Mhm?
    - Zła: trochę mało kasy. Dobra: parę koncertów. W Europie. - Nagły uśmiech Kaia powalił wszystkich na ziemię. Cieszyć się z kolejnych morderczych koncertów?! Kosmita.
    - No i z czego tak zacieszasz? - mruknął zespołowy lis, przygniatany właśnie przez Aoiego do kanapy.
    - A co, koncerty są powodem do zmartwień?
    - Nawet nie wiesz jak wielkim...

    Koncert, jak to koncert wywołał na liderze pewne zachowania. Po pierwsze - zero balang. Drugie - zwiększenie ilości prób. Trzecie - masakryczna, nawet jak na niego, nerwowość. Nie wiem jakim cudem, ale dożyliśmy do dnia wyjazdu z Japonii. Nasze kochane czarnowłosiątko okazało jednak trochę czegoś imitującego serce, i dzień przez występem mieliśmy wolny, abyśmy mogli odpocząć i nabrać sił na wielogodzinne skakanie po scenie. Swoją drogą i tak nie było by na próby czasu, bo wszyscy zajęci byli wybieraniem pokoi i rozpakowywaniem się.
    - No to jak robimy z pokojami?
    - Ty się Kai mnie pytasz? To ty jesteś liderem!
    - Oj zamknij się Aoi, bo jeszcze nas rozdzieli!
    - Mrr... Ty już masz jakieś plany?
    - A co żeś sobie wyobrażał?
    - Nie chciał byś wiedzieć co...
    - Masz rację. Niespodzianek się nie zdradza.
    - Oż ty mały zboczeńcu!
    - A co, nie mam racji?
    - No masz trochę....
    - No i kto tutaj jest większym zboczeńcem?
    - Ciężko powiedzieć... Jak na uke jesteś obrzydliwie zboczony.
    - Oj zamknij się! Nie musisz wszystkim zdradzać szczegółów!
    - Ale tego nawet zdradzać nie trzeba. To widać...
    - No właśnie. Więc cholera przestań mnie może tutaj publicznie molestować... Jak będziesz grzeczny, to pozwolę ci być w pokoju ze mną i tam będziesz mógł sobie mnie molestować do woli, ale tutaj mamy widownię.
    - Cisza gołąbeczki, bo wam dzióbki powybijam - warknąłem mając dosyć naszej parki. "Im to się chociaż cholera układa!" - Kai, decyduj szybko, bo mam ich już dosyć.
    - Hmm... Ja bym ich tam razem nie kwaterował, bo nam spać w nocy nie dadzą. I innym w hotelu też... Problem w tym, że mamy tylko trzy pokoje - mruknął lider.
    - Kai, błagam! Ja nie chcę być sam na sam z żadnym z nich! Oni są nienormalni! - Rzuciłeś się na kolanach liderowi do stóp.
    - Ani ja nie chcę! Niech już cholera będą razem, byle by tylko nikt mi "przypadkiem" nie wrzucił do piwa pigułki gwałtu czy innego świństwa! - Idąc twoim śladem również padłem na kolana przed zespołowym tyranem.
    - Ruki ma rację, oni mają takie rzeczy!
    - No no no... Skoro panowie Matsumoto Takanori i Akira Suzuki tak nalegają, to niech już będzie, gitarzyści będą razem.
    - Yeah! - Wyszczerzyła się nasza parka.
    - Ale...
    - Co ale? - zapytałeś z niepewnością.
    - Skoro się tak ze sobą zgadzacie, będziesz w pokoju z... Rukim! A ja pomieszkam sam ze sobą. - Kai ostatnie zdanie prawie że wyśpiewał z zadowolenia. - Tak więc problem zakwaterowania rozwiązany. No już, czmychać do siebie! - Podobnie jak ja, zszokowany nawet nie odpowiedziałeś. Ja swój szok rozumiem - będę w jednym pokoju z chłopakiem, w którym jestem po uszy zakochany. Ale ty? O co mogło tobie chodzić?

~~~

Zostaw komentarz