Spojrzał wstecz - nie był sam...

Rozdział betowany przez Ichimaru.

***

Koncerty, wywiady, popularność, nagrywanie kolejnego krążka - dla niektórych fascynujące… A dla mnie? Do niedawna również.
Osiągnąłem to, o czym kiedyś nawet nie byłem wstanie marzyć. Jestem w zespole. Jesteśmy popularni. Wspólnie tworzymy coś, co kochamy. Coś, czemu poświęcamy całe swoje życie. Dlaczego? Bo tego właśnie pragniemy, a przynajmniej do niedawna tak właśnie było... Tworzenie a później nagrywanie piosenek było dla mnie czymś niesamowitym. Jak dla innych narodziny dziecka, którym musisz się zaopiekować by wyrosło na porządnego i dobrego człowieka, w tym przypadku na wielki hit. Następnie wspaniałe i nieporównywalne do niczego innego koncerty. Graliśmy, przekazując publiczności nasze uczucia - te dobre, złe a czasami nawet szalone, dostając w zamian niezliczone pokłady energii, która, będąc wręcz nie do opisania, udzielała się wszystkim. Jak wyglądały wywiady? Często bywały zabawne i interesujące, jednak ich zbyt duża liczba w grafiku mogła przyprawić o poważny zawrót głowy. Na dodatek niektórzy dziennikarze zdecydowanie wychodzili poza naszą karierę, wkraczając bezczelnie z buciorami w życie prywatne, ale można powiedzieć, że od początku byliśmy do tego przygotowywani. Chociaż... czy na to można się przygotować? Utrata prywatności to znacznie więcej niż niektórym się wydaje. Ale może jest to po prostu kwestia przyzwyczajenia? Jakby nie patrzeć minęło już kilka dobrych lat. Różnie bywało, ale muzyka zawsze dostarczała nam niezwykłą radość i satysfakcję. To wystarczało, żeby zmęczenie czy inne dolegliwości odeszły chwilowo w niepamięć i na nowo ruszaliśmy z kopyta, by znów wydać coś równie powalającego. Móc ponownie stanąć na scenie i przeżyć te męczące, acz niezmiernie wspaniałe chwile z innymi ludźmi, którzy podobnie jak my naprawdę kochają muzykę. Pomijając kwestię tego co robimy wydaje mi się, że nasz zespół został stworzony wręcz idealnie. Chociaż w tym momencie nie jestem już tego taki pewien... Bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Poza sceną łączyła nas przyjaźń, dzięki której współpraca szła jeszcze lepiej. Właściwie jestem skłonny stwierdzić, że byliśmy dla siebie jak rodzina. Mimo że bez przerwy pracowaliśmy wspólnie to i tak, gdy mieliśmy, chociaż chwilę wolnego czasu znów spotykaliśmy się razem by odrobinę odpocząć. Żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Zresztą... z pozoru nic się nie zmieniło. Wciąż powstają genialne utwory, poziom koncertów również w żaden sposób nie spadł, a jednak nie jest tak jak wcześniej. Przychodzimy na próby bez tego entuzjazmu, który cechował nas dawniej. Tworzymy tak jak nauczyliśmy się to robić, ale czegoś w tym brakuje. Czego? Nas. Już od pewnego czasu jestem świadomy tego, że coś się pieprzy. Nie jestem wstanie powiedzieć od kiedy dokładnie, ale przeraża mnie to jak bardzo się zmieniliśmy. Robimy to wszystko nie dla tego, bo to właśnie kochamy, a dlatego bo taka jest nasza praca. Przychodzimy rano, ćwiczymy, a wieczorem się rozchodzimy. Co jakiś czas oni coś skomponują, a ja napiszę do tego tekst. Dlaczego? Ponownie - ponieważ taka jest nasza praca. Później występy. Śpiewanie, granie, różne ekscesy na scenie i kolejny powrót do domu. Kręcimy się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, wciąż powtarzając nasz jakże wspaniały harmonogram Gwiazd, który, mimo iż prowizorycznie ciągle się zmienia, dla nas wciąż pozostaje taki sam. A podobno nasze życie miało być szalone i pełne przygód. Ale przecież takie właśnie było... więc, co się takiego stało?

~*~

Minęło kilka miesięcy, a u nas wciąż nic się nie zmieniło. A przynajmniej nie na lepsze. Jestem tym zmęczony, ale nie wiem, co powinienem zrobić. Oni zachowują się tak jakby niczego nie zauważali, jakby ciągle było tak jak przedtem. Czy im to naprawdę nie przeszkadza? Godzą się na bycie kolejnymi kukiełkami wykonującymi to, co do nich należy w zamian za solidne pieniądze. Przecież nie dla nich to wszystko robimy, czy może robiliśmy... Ja także, mimo, iż zdaję sobie sprawę z tego jak to obecnie wygląda, nie potrafię przywrócić normalnego stanu rzeczy. To nie jest tak, że obwiniam za to ich, a samego siebie postrzegam za zupełnie niewinnego. Jestem pewien, że każdy z nas w jakimś stopniu się do tego przyczynił, ale... ja ponownie chciałbym móc się tym bawić. Tak jak dawniej. Szaleć i być szczęśliwym robiąc to, czego pragnę. Gdy próbowałem rozmawiać o tym z chłopakami, jedyne, czego się dowiedziałem to to, że nie wiedzą, o czym mówię. No może nie ujęli tego aż tak konkretnie, ale również nie przyznali mi racji. Wszyscy poza Kai'em. On jeden zdawał się podzielać moje zdanie i wcale się z tym nie krył. Ucieszyło mnie to. Dzięki temu przestałem myśleć, że tak naprawdę to ze mną jest coś nie tak. Ale teraz pozostawała jeszcze kwestia jak to zmienić. Jak wrócić do tego, co było wcześniej. To nie jest takie proste, gdy trójka z nas wydaje się wcale tego nie dostrzegać. Jak to możliwe, że piątka facetów w okolicach trzydziestki potrafi się tak bardzo pogubić? Niektórzy pewnie stwierdziliby, że po prostu marudzę i przypuszczam, że mieliby rację, ale ja nie przywykłem do siedzenia cicho, gdy coś mi nie odpowiada. Nie wiem jak do tego doszło, jednak nie mam zamiaru w tym utkwić na dobre.
Mimo, iż bardzo pragnąłem zmiany, jakiejś możliwości otrzeźwienia pozostałej trójki to muszę przyznać, że odważny ruch naszego lidera odrobinę mnie przeraził.

- O czym chciałeś z nami porozmawiać? - Uruha zapytał niezwykle urażonym głosem, jakby miała mu się stać olbrzymia krzywda przez zostanie piętnastu minut dłużej.
- Mam wam do powiedzenia coś bardzo ważnego - odpowiedział wzdychając ciężko i siadając na krześle postawionym przed nami.
Byliśmy w studiu. Gdy próba się skończyła i wszyscy mieliśmy już wyjść Kai poprosił, a raczej nakazał nam zostać jeszcze chwilę. Reszta była do tego sceptycznie nastawiona, uważając, że zapewne ma nam do zaoferowania kolejne godziny dodatkowych prób lub jeszcze coś innego a równie mało przyjemnego. Ja, widząc jego zmartwiony wyraz twarzy, miałem nieodparte wrażenie, że nasza rozmowa będzie dotyczyć tego, co się z nami dzieje w ostatnim czasie. Myślałem pewnie o tym również dlatego, bo miałem wielką nadzieję, że tak właśnie się stanie, a on wcześniej wspominał, że ma pewien pomysł. Podobno ryzykowny, ale jedyny będący wstanie coś zmienić.
Aoi siedział na kanapie po mojej lewej stronie, na kolanach trzymał gitarę i grał na niej cicho jakiś ewidentnie przygnębiający kawałek, będąc prawdopodobnie zupełnie nie zainteresowany sytuacją. Uruha z kolei zajmował miejsce po mojej prawej, czekając na kolejny krok przyjaciela. Jednak powodem, dla którego to robił była jedynie chęć wysłuchania tego co konieczne i w końcu upragnione wyjście. Reita, jako jedyny nie siedział na kanapie, a obok na krześle. O dziwo, wykazując coś na kształt przejęcia się dziwnym zachowaniem lidera. No, może przejęcie to za duże słowo, ale w przeciwieństwie do gitarzystów on w jakiś niewielki sposób wydawał się być zainteresowany. Na tym zakończyłem swoje obserwacje, po czym przeniosłem wzrok na Kai'a wyczekując słów, które z założenia miały coś ruszyć.
- No to mów. Na co czekasz? - Zastanawiałem się, kiedy to nasz drogi Kouyou zrobił się taki... wredny? Sam nie wiem. Ostatnio różnie z nim bywało.
- Na początku chciałem was o coś zapytać. Powiedźcie, co tak właściwie się z nami stało? - Uru, jako zaangażowany dyskutant od razu chciał mu odpowiedzieć zapewne coś w stylu: „To miało być takie ważne?!”, ale Kai najwyraźniej nie miał zamiaru mu na to pozwolić. Przerwał Urusze już w momencie, w którym ten zdążył otworzyć usta. – I nie ważcie się mówić, że nic takiego się nie stało! Że nic się nie zmieniło, bo zmieniło się prawie wszystko! Nie, przepraszam. Przecież wciąż jesteśmy sławni i to wam chyba wystarcza.
- Co ty bredzisz? Przecież wszystko jest w porządku. Nagrywamy, gramy i nikt nie narzeka. Coś sobie uroiłeś. - Jego ton tak bardzo niepasujący do tego niegdyś zabawnego dzikusa... Jeżeli ludzie naprawdę mogą się aż tak zmieniać, to wszyscy powinniśmy na siebie bardziej uważać.
- No właśnie widzę. Ty, kiedyś zupełnie inny, teraz stałeś się wyjątkowo chamski. Bez urazy oczywiście. Aoi. – W tym momencie najwyraźniej zasłużył sobie na chwilową uwagę gitarzysty, bo podniósł on głowę, a jego ręce zatrzymały się zaprzestając grania. Może jednak nie wyłączył się całkowicie... - Niby zawsze obecny, jednak całkowicie odległy. Reita...
- I co? Kazałeś nam zostać, żeby nas wszystkich powyzywać? Albo powiedzieć jak to się zmieniliśmy przez kilka lat? - Basista przerwał mu najwyraźniej niezadowolony z tematu naszej rozmowy.
- Nie. Chciałem wam tylko uświadomić, że mówiąc, iż od dawna coś jest nie tak wcale nie wymyślam. Mówię tak jak jest i nie rozumiem, dlaczego tego nie widzicie! Przychodzimy na próby i czasami poza rutynowymi poleceniami typu „teraz gramy LEECH” zdarza nam się nie odezwać do siebie ani słowem! Naprawdę uważacie, że to jest normalne?! A co z tym, co było? Pamiętacie? Tak dobrze się bawiliśmy. Granie sprawiało nam taką radość. Cholera... naprawdę mi tego brakuje. Ruki się ze mną zgadza. Prawda? - Spojrzał na mnie, a ja tylko pokiwałem twierdząco głową, mając nadzieję, że chłopaki w końcu zaczną myśleć o tym poważnie. - Teraz nawet on z małego, pewnego siebie perwersa stał się raczej spokojnym, zamyślonym wokalistą. Ja również się zmieniłem. My wszyscy... Kiedyś mogliśmy grać i śmiać się przy tym do rozpuku. Przez ciebie Akira zawsze dostawałem białej gorączki. Odwalałeś jakieś numery i wciągałeś w to Rukiego, przez co nie mogliśmy w spokoju ćwiczyć. Ja się denerwowałem, ale ostatecznie wszyscy dobrze się bawiliśmy.
- Nie jesteśmy już dziećmi Kai - niespodziewanie odezwał się Aoi, rujnując moje marzenia o wspaniałomyślnym perkusiście, któremu udało się przywrócić nas wszystkich do poprzedniego stanu. Wcześniejsze nazwanie mnie „małym” postanowiłem łaskawie mu wybaczyć. - Masz rację. Zapewne każdy z nas to wie. Zmieniliśmy się i nie da się tego ukryć, ale... cóż. Pracujemy dalej i jest w porządku.
- No właśnie! Pracujemy! Kiedy zaczęliśmy traktować to, jako pracę?! Kiedy to wszystko tak się spieprzyło?! Wiecie... może wam to nie przeszkadza, ale ja nie mam zamiaru grać, gdy przestało sprawiać mi to przyjemność. Nie chcę grać z ludźmi, którzy tak naprawdę ciągle nie są sobą. Byliśmy przyjaciółmi, a teraz? Gdy tylko jest możliwość omijamy siebie nawzajem. Pierdolę taką przyjaźń.
- Czekaj, czekaj! - krzyknąłem, gdy w mojej głowie pojawiła się okropna myśl, w której nasz zespół zostaje pozbawiony lidera. A raczej, w której lider opuszcza nasz zespół. - Ty chyba nie chcesz powiedzieć, że...
- Nie - przerwał mi spokojnie, ratując mnie tym samym przed zbliżającym się wielkimi krokami zawałem. Uspokojony odetchnąłem głęboko, przechylając głowę do tyłu oparłem się o kanapę i przymknąłem oczy. Było blisko. Całkowicie zgadzam się z Kai'em i oczywiście również uważam, że powinniśmy spróbować to jakoś naprawić, ale nigdy w życiu nie chciałbym rozwiązać zespołu. Jakby nie było na to nigdy bym się nie zgodził. - Ale jest coś, co chcę zrobić, a raczej nie tyle, co chcę, a po prostu zrobię. A wy, każdy z was z osobna podporządkuję się pod to, nie mając nic do powiedzenia. Zrobicie to, co będziecie uważać za słuszne, a mi, pomimo, iż ostatnio nasze relacje zdecydowanie się pogorszyły, wydaję się, że nie będzie to nic głupiego. A przynajmniej taką mam nadzieję. - Po tych słowach ponownie zrobiło mi się gorąco i znów z zacięciem wpatrywałem się w Yutake wyczekując z obawą, ale jednak również z zaciekawieniem tego, co miał nam zaraz powiedzieć. Nie tylko ja wtedy poświęcałem mu całą swoją uwagę. W tamtym momencie już wszyscy skupiliśmy swój wzrok tylko i wyłącznie na nim.
- Tak więc? O co chodzi? - Uruha zapytał tym razem już zdecydowanie spokojniej.
- Rozmawiałem z menadżerem i wspólnie zadecydowaliśmy, że najlepiej będzie jak... - westchnął, przecierając spocone czoło dłonią - działalność the GazettE zostanie zawieszona. Do odwołania - dodał zduszonym głosem, wprawiając mnie w stan całkowitego osłupienia.
- Co ty pieprzysz?! - Reita wrzasnął głośno, wstając i przewracając przy tym z hukiem krzesło, na którym jeszcze sekundę temu siedział, a reszta z nas bez słowa wciąż obserwowała lidera, myśląc nad tym czy przypadkiem z naszym słuchem nie jest coś nie w porządku lub czy perkusista nie zażył jakiś niedozwolonych środków. - Jak możecie zdecydować o czymś takim bez uzgodnienia tego z nami?! Przecież do cholery jasnej my chyba też należymy do tego zespołu! - Dawno nie widziałem u niego takich emocji. Czy właśnie do tego dążył Kai? Przerażało mnie to, co może się stać. Zamiast udanego powrotu może zaistnieć katastrofalny koniec.
- Przecież nie mówię o zakończeniu tylko o  jej zawieszeniu. Tylko i wyłącznie od nas będzie zależeć jak to się skończy. Akira, uwierz mi... Tak będzie lepiej. Dla mnie to również nie jest proste. Zresztą... to już jest ustalone. Każdy z nas niech spędzi trochę czasu zastanawiając się nad tym, dlaczego postanowiliśmy zająć się muzyką. Co spowodowało, że znaleźliśmy się w zespole i w końcu, jak doszło do tego z czym teraz musimy się zmierzyć.
- Przestać zgrywać psychologa i zastanów się, o czym ty mówisz! Chcesz zaprzepaścić dziewięć lat ciężkiej pracy?! Zastanów się... To głupota. - Basiście najwyraźniej bardzo nie spodobał się ten pomysł. Nie tylko jemu zresztą. Nawet ja nie byłem do tego przekonany. To bardzo odważna decyzja, która może doprowadzić do niepożądanych skutków.
- Kai. Jesteś tego pewien? - Zapytałem możliwie najspokojniej, wierząc głęboko w to, że nasz przyjaciel dobrze to przemyślał.
- Jestem pewien, że to coś zmieni - odparł wstając i sięgając po swoją kurtkę. - Możecie potraktować to jako wakacje, których dawno nie mieliśmy. Powiedzmy na kilka miesięcy. Przecież wciąż możemy się spotykać. Na przykład, co powiecie na wyjście gdzieś jutro wieczorem? Dawno razem nie piliśmy...
- Przyznaj, że po prostu nie masz czasu na pieprzenie się z Miyavim! - Uruha również wstał zdenerwowany zaistniałą sytuacją. Aoi także nie był już taki spokojny.
- Cieszy mnie, że się o mnie troszczysz. I widzisz? Już jest lepiej - powiedział dopinając kurtkę. - Lepiej żebyście na mnie krzyczeli, niż żebyśmy wcale ze sobą nie rozmawiali. Naprawdę mam nadzieję, że wyjdzie nam to na dobre. To już tylko od nas zależy czy spieprzymy to całkiem, czy ponownie staniemy się dobrym zespołem. Do zobaczenia. - Złapał za swoją torbę i wyszedł ze studia zostawiając nas samych sobie.
W głowie roiło mi się od mieszanych myśli. Yutaka zaskoczył mnie jak jeszcze nigdy wcześniej, ale znając go była to bardzo przemyślana decyzja. On nie jest osobą, która zdecydowałaby się na coś tak poważnego pochopnie.

Po tym, gdy lider powiadomił nas o zawieszeniu GazettE pomyślałem, że może dobrze by było gdybym wyszedł gdzieś pozwalając moim myślom przez jakiś czas odpocząć, ale ostatecznie jednak wróciłem do domu i położyłem się na łóżku kolejno, z uwagą odsłuchując wszystkich płyt przez nas nagranych. Była to bardzo długa noc...

~*~
Czytaj dalej…

~~~

Wszedł do mieszkania trzaskając drzwiami, a po chwili leżał już na swoim łóżku.
- Co za cholerny palant. Czy on zawsze musi taki być? Ciągle sobie ze mną pogrywa… Ja mu jeszcze pokażę. Jak chce się bawić, to się zabawimy. – W jego głowie znów zagościł iście szatański plan. Tylko czy tym razem, aby na pewno nie wyjdzie on znów na korzyść Sasuke? Nad tym nie zdążył się zastanowić, gdyż już znajdował się w objęciach Morfeusza.

~*~

- Naruto! Wstawaj! – Pociągnęła go mocniej za rękę, ale ten tylko zamruczał coś niewyraźnie pod nosem i najwyraźniej nie miał zamiaru się obudzić.
- Co jest, kurwa?! – Tak głośny krzyk prawdopodobnie byłby wstanie spowodować nie mały uszczerbek na zdrowiu.
- Jak ci zaraz dam kurwę, to jeszcze głośniej będziesz wrzeszczał! I od kiedy ty tak klniesz? – Naruto czasami naprawdę żałował, że jego przyjaciółka nie jest wciąż tą delikatną dziewczynką co kiedyś.
- Ach... Sorry. Ale naprawdę nie musisz mnie od razu bić. – Siedział po turecku na łóżku i rozmasowywał bolące miejsce w okolicy brzucha. Wciąż był wstanie wyczuć przerażającą pięść Sakury.
- Budzę cię i budzę, a ty w ogóle nie reagujesz. Już myślałam, że coś ci się stało. – Dziewczyna usadowiła się na krześle znajdującym się naprzeciwko łóżka. Już od dawna miała klucze do jego mieszkania. Ktoś musiał czasami do niego wpaść, sprawdzić czy jeszcze żyje i czy ma co jeść.
- Co?! Która godzina? – Zasnął i nawet nie wiedział kiedy, a przecież miał się spotkać z Uchihą!
- Już wieczór, ale mógłbyś się uspokoić i w końcu mi powiedzieć jak poszła rozmowa z Sasuke?
- Już?! Sakura przepraszam, ale nie teraz. Później. – Uśmiechnął się do niej i już go nie było.
Haruno siedziała z nietypowym jak dla niej wyrazem twarzy. Po tak długim czasie, gdy zobaczyła ten uśmiech, ten sam co dawniej była wielce zaskoczona. Poczuła ogromną ulgę i szczęście zarazem. Niech tylko Uchiha znowu odpieprzy coś głupiego, a gorzko tego pożałuje. Już ona się o to postara...

~*~

Naruto rozglądał się w pobliżu Ichiraku, ale nigdzie nie wiedział bruneta.
- Szukasz kogoś? – Chłopak podszedł do Uzumakiego od tyłu i szepnął owiewając jego szyję gorącym oddechem.
- Sasuke?! – Odskoczył od niego tak szybko, że mało brakowało, a zaliczył by pokaźną glebę. – Musisz mnie zawsze straszyć w ten sposób?!
- Przecież nic nie zrobiłem. – Tylko wzruszył ramionami, ale Naruto doskonale zauważył ten kpiący uśmieszek goszczący na jego twarzy. – Powinieneś być bardziej ostrożny. Nigdy nie wiadomo kto czai się w pobliżu.
- Nie wydaje mi się, żebym mógł tutaj trafić na kogoś gorszego od ciebie... Ale nie ważne, chodź na to ramen. – Złapał Uchihe za rękę i pociągnął za sobą do budki z jego ulubionym przysmakiem.

- Jak ty to robisz? – Sasuke naprawdę nie rozumiał jak można zjeść pięć misek tego paskudztwa i chcieć jeszcze więcej. Sam zjadł dwie i miał dosyć – pierwszą dlatego ponieważ to w końcu on się zgodził tutaj przyjść, a drugą bo blondyn wrzeszczał, że jak tego nie zrobi to on zje zamiast siedmiu dwanaście i będzie musiał na niego dłużej czekać, już nie wspominając o rachunku - z tego co Uzumaki paplał w trakcie jedzenia czwartej porcji jednoznacznie wynikało, że nie ma najmniejszego zamiaru płacić.
- Normalnie. Przecież to jest najlepsze żarcie na świecie. – Szczerzył się wpychając kolejną porcję makaronu do buzi.
- Śmiem wątpić, ale dzisiaj niech ci będzie – westchnął po czym oparł się jednym łokciem na blacie, podtrzymując ręką głowę i zaczął wpatrywać się w Naruto który kończył opróżniać ostatnią miskę.
- Uh… - Blondyn tak się zakrztusił, że – według niego oczywiście – ledwo udało mu się ujść z życiem. - Przyznaj się. Pożałowałeś mi!
- Jakby tak na to patrzeć to już dawno powinieneś nie żyć. – Zaśmiał się cicho i podniósł z krzesła. – Idziemy?
- Jesteś okropny. - Nigdy by mu się nie przyznał, że jedynym powodem i całkowicie dla niego niezrozumiałym, przez który przed chwilą się zadławił były czarne oczy pewnego parszywego osobnika będącego razem z nim, które miały czelność tak dziwnie na niego patrzeć, gdy on chciał w spokoju zjeść.
Również wstał i wyszedł za brunetem, gdy ten zapłacił za jedzenie…
- Dzięki Sasu. – Szedł obok niego uśmiechnięty od ucha do ucha z zamiarem wcielenia swojego okrutnego planu w życie.
- Ty też teraz będziesz mnie tak nazywał? – Podniósł pytająco jedną brew. Coś przeczuwał, że tak duże szczęście blondyna może być oznaką przyszłych kłopotów.
- A co? Nie wolno mi? – Szedł blisko, nawet trochę za blisko Uchihy.
- Po prostu myślałem, że od całej masy wyzwisk, mojego nazwiska, nie wspominając nawet o imieniu, wolisz zimnego drania - odparł i odsunął się od kolegi próbując odrobinę zwiększyć dzielący ich dystans.
- Bez przesady... - Naruto uroczo się uśmiechnął uwieszając się na ramieniu bruneta pozbawiając go złudzeń o szybkim oddaleniu się w kierunku posiadłości. - To co, idziemy do mnie?
- Do ciebie? - zapytał zatrzymując się, tym samym nie kryjąc zaskoczenia.
Stali na przeciw siebie, na tyle blisko, że ich ciała prawie się stykały.
- No co prawda nie mam takiej posiadłości jak wielki pan Uchiha, ale za to w moim mieszkanku nie ma nikogo kto mógłby nam przeszkadzać... - mówił już odrobinę ciszej kuszącym głosem, a ręką niby przypadkiem przejechał po odsłoniętym torsie bruneta. Sasuke już wcześniej zauważył, że Naruto coś knuje. Teraz jedynie potwierdziły się jego przypuszczenia.
- A w czym mianowicie miałby nam ktoś przeszkadzać? - przybrał podobny ton do tego którym obecnie posługiwał się blondyn i jak się okazało w manipulacji głosem był znacznie lepszy. Uzumaki osobiście się o tym przekonał, gdy po jego plecach przebiegł zdradliwy dreszcz, przez co niestety musiał chwilowo zrezygnować z pozycji ofensywnej.
- No jak to w czym? - Powrócił do swojej naturalnej postawy odsuwając się od Uchihy. - W piciu! - Uśmiechnął się i pociągnął przyjaciela w stronę swojej kawalerki. Oczywiście wciąż miał w planach zagiąć i może odrobinę zawstydzić bruneta, ale będzie musiał poczekać na lepszy moment. Spodziewał się, że to będzie musiało być coś więcej niż marne gry słowne, jednak wiedział, że jeżeli nie zrobi tego z wyczuciem i odpowiednim podejściem to Uchiha odwróci wszystko przeciwko niemu. Na to nie mógł pozwolić. Musi mu się jakoś odpłacić.

~*~

- I jak? - Sasuke ledwo powstrzymał się od śmiechu, gdy zobaczył gorzką minę blondyna po wypiciu sake, po którą jak się okazało po przyjściu do Naruto, musiał wracać do sklepu, bo jego bystry przyjaciel chciał pić nie mając co.
- W porządku - opowiedział twardo, ale tak naprawdę nie był tego taki pewny. Bardzo rzadko pił. Właściwie to zdarzało mu się to tylko wtedy, gdy przychodził do niego Kakashi, podobno w celu połączenia się z nim w smutku i żalu, który za cholerę nie chciał zniknąć po odejściu pewnego drania. Wmawiał mu, że nie może zostawić swojego byłego ucznia samego w potrzebie i musi z nim wypić czy on tego chce czy nie. Uzumaki dobrze wiedział, że tak naprawdę Hatake przychodził wtedy, gdy pokłócił się z Iruką i po prostu szukał towarzystwa. Teraz Naruto zastanawiał się co tak właściwie go podkusiło. Przecież dobrze wie, że ma słabą głowę, a na dodatek alkohol nie leży w jego upodobaniach... Chyba to nie był najlepszy pomysł na zaimponowanie.
- To dobrze. - Sasuke uśmiechnął się i na powrót napełnił kieliszek Uzumakiego trunkiem.
Z biegiem czasu, z każdą następną kolejką Naruto coraz bardziej zaczynał lubić sake. Obaj siedzieli na podłodze oparci o łóżko Uzumakiego. Rozmawiali na masę dziwnych tematów wymyślonych przez blondyna. Wyjątkowo nie męczyło to Uchihy. Tak naprawdę to całkiem dobrze się bawił, jednak jego przyjaciel w zaskakująco szybkim tempie niebezpiecznie pogłębiał stan upojenia alkoholowego. Sasuke natomiast wciąż w miarę trzeźwo kontaktował z otoczeniem.
- Nienawidzę cie... - Oparł głowę o ramię bruneta przymykając oczy. Na jego twarzy na skutek alkoholu pojawiły się rumieńce, przez które w oczach Sasuke wyglądał wyjątkowo... uroczo?
- Ech... Za co tym razem? - westchnął i potrząsnął głową z nadzieją, że niechciane myśli prędko znikną.
- Za wszystko... - Podniósł głowę i spojrzał na niego spod wpółprzymkniętych powiek.
- Co ty robisz?! - Krzyknął, gdy Naruto zaczął gramolić się mu na kolana tak, że teraz siedział na jego udach, oplatając go nogami w pasie z rękoma zarzuconymi wokół jego szyi. - Młotku!
- Hm? Coś się stało? - Wpatrywał się w niego lubieżnie oblizując usta.
- Co ty kombinujesz? - Już ledwo powstrzymywał chęć rzucenia się na blondyna. Nie mógł sobie na to pozwolić. Uzumaki ewidentnie, a przede wszystkim zdecydowanie nierozważnie go prowokował.
- Ja? Nic... - Udał niewiniątko kręcąc biodrami.
Uchiha już nie wytrzymał. Pchnął go na podłogę i gwałtownie pocałował. Naruto początkowo oszołomiony po chwili całkowicie oddał się pieszczotą bruneta. Ponownie założył ręce na jego szyję przyciągając go jeszcze bliżej. Mruczał zadowolony, gdy zwinny język Sasuke toczył zaciętą, acz bardzo namiętną walkę z jego własnym. Cały aż się do niego wyrywał. Pragnął jego dotyku jak niczego innego do tej pory. Uchiha jednak po chwili wyrwał go z niesamowitego transu niespodziewanie przerywając zabawę, co Uzumaki skomentował jedynie pomrukiem niezadowolenia, tym samym prosząc o więcej. Chłopak wynagrodził mu chwilowy zawód, gdy zaczął na przemian lizać, gryźć i ssać jego szyję. Z ust Naruto wyrywały się niekontrolowane jęki i westchnienia. Nie zastanawiał się co tak na prawdę teraz robi. Interesowało go tylko to jak bardzo pragnie Sasuke, jak bardzo podnieca go jego bliskość. Dudniło mu w głowie, a z nadmiaru przyjemności i alkoholu wszystko wirowało dookoła nie chcąc się uspokoić. Nigdy wcześniej nie czuł się tak niesamowicie. Gdy dłonie Uchihy wdarły pod jego bluzę i zaczęły z zapałem błądzić po jego ciele, czuł przechodzące po nim nagłe fale gorąca doprowadzające go do obłędu. Rękoma zachłannie zaczął pozbawiać go górnej części stroju nie przerywają pocałunku, który ponownie ich połączył. Sasuke jak oparzony odsunął się od Naruto, usiadł na łóżku i próbował wyrównać oddech z zaskoczeniem przyglądając się blondynowi. Uzumaki wciąż leżał na podłodze i z żalem wypisanym na twarzy odwzajemniał spojrzenie zamglonym z podniecenia wzrokiem. Po chwili podniósł się i usiadł obok bruneta. Przysunął się do niego i tym razem to on zaczął obdarowywać przyjaciela drobnymi pocałunkami.
- Naruto... Przestań. - Złapał go za ręce i odciągnął od siebie przyciskając do materaca.
- Dlaczego? Przecież jest tak miło... - Próbował się wyrwać, ale Sasuke nie poluźnił uścisku, jedynie złapał go jeszcze mocniej.
- Jesteś pijany. Nie wiesz co robisz. - Źle się z tym czuł. Pozwolił sobie na coś czego robić nie powinien. Przerwanie tego to była ostatnia rzecz na jaką miał ochotę, ale nie miał wyboru. Mógł jedynie się cieszyć, że nie doszło do niczego więcej. Uzumaki na pewno nigdy by mu tego nie wybaczył.
- Co ty pieprzysz?! Wiem czego chcę, a w tej chwili jedyną rzeczą jaką chcę jesteś ty! - Szarpnął się z nadzieją, ale w odpowiedzi otrzymał jedynie niezauważony przez niego podejrzany uśmiech wciąż mocno trzymającego go bruneta.
- Jesteś pewien? - Tym razem zwycięstwo znów leży zdecydowanie po stronie Uchihy i brunet był już tego pewien. Planowanie zemsty zdecydowanie nie jest najmocniejszą stroną Uzumakiego.
- Oczywiście - odpowiedział pewnie bez zastanowienia. - A teraz mnie puść.
- Skoro tak uważasz... Będę czekał na ciebie jutro. Jak wytrzeźwiejesz. - Pochylił się nad blondynem i pocałował go jeszcze raz, ale gdy tylko Naruto chciał odpowiedzieć tym samym Sasuke natychmiast się od niego odsunął. Ciężko było mu się powstrzymać widząc tego słodkiego młotka gotowego na wszytko, ale wolał poczekać aż zdecyduje się na to będąc tego w pełni świadom.
Wstał i zaczął zbierać się do wyjścia.
- Chyba żartujesz. Chcesz teraz wyjść? - Uzumaki wstał z zamiarem zatrzymania Uchihy, ale jedne co udało mu się zrobić to potknąć się o własne nogi i gdyby nie silne ramiona i refleks Sasuke z pewnością leżałby na podłodze z nosem wbitym w ziemię.
- Słowo daje, albo sam się kiedyś zabijesz, albo z nerwów ja to zrobię - powiedział zrezygnowany brunet pomagając blondynowi wstać.
- Nie idź... - Patrzył na niego proszącym, zamglonym wzrokiem.
Sasuke ruszył wolnym krokiem do przodu, tym samym zmuszając Naruto do cofnięcia się w tył. Po chwili opadł na łóżko wyczekując upragnionej bliskości Uchihy. Brunet pochylił się i przyssał do jego szyi robiąc malinkę.
- Jutro przyjdę. O ile będziesz mnie jeszcze chciał... Zresztą chyba najlepiej będzie jak ty najpierw przyjdziesz po mnie - wyszeptał mu do ucha i gdy już miał wstawać Naruto złapał go za rękę.
- Zanim wyjdziesz... Pocałuj mnie - powiedział już spokojnym i pociągającym głosem. Sasuke chętnie przystał na prośbę blondyna i złożył delikatny pocałunek na jego różowych ustach.
- Dobranoc - szepnął i szybko zniknął z mieszkania przyjaciela, który tej nocy miał przeżyć cudowne sny z Uchihą w roli główne...

~~~
Czytaj dalej…

Pisane wspólnie z Kanashii.

~~~

Miyavi
    - No tak, ale... to mógłbyś puścić ten pas? I jego zapięcie? - Dobrze kombinował, ale nic z tego.
    - A jeśli bym się na to nie zgodził? - zapytałem prowokującym głosem łapiąc go za podbródek. Chyba tylko tak mogłem go zmusić do patrzenia mi w oczy.
    - Ja... Proszę cię. - Jaki on jest słodziutki!
    - No skoro tak ładnie prosisz, to chyba nie mogę odmówić. - Na te słowa Bou chyba odetchnął z ulgą, jednak gdy niespodziewanie moje usta złożyły szybki pocałunek na jego własnych, tym razem już cała jego twarz stała się czerwona i mimo, iż się odsunąłem od blondyna niczego już nie dotykając, siedział sztywno nie wykonując żadnych czynności, poza nienaturalnie szybkim oddychaniem.
    Zadowolony wyskoczyłem z samochodu i poszedłem otworzyć drzwi z jego strony.
    - Nie idziesz? - zapytałem kładąc dłoń na ramieniu młodszego chłopaka.
    - C-co?! A tak... Tak, idę! - Jezu jak on przez taki niewinny całus, który właściwie nic nie znaczy w ogóle nie kontaktuje to co by było gdybym... Ach... Chciałbym to zobaczyć.

    Wyszedł z samochodu i ruszył w kierunku bardzo dużego i nowoczesnego budynku, w którym znajdowało się jego mieszkanie. Ja natomiast szybko wziąłem swoją torbę z tylnego siedzenia, zamknąłem samochód i poszedłem za nim z olbrzymim uśmiechem na ustach.
    - Eee... Co ty robisz? - zapytał zdezorientowany widząc mnie idącego obok niego.
    - No idę do ciebie, a ty co myślałeś?
    - Ale... Po co? Chyba powinieneś już jechać. - Słodkie gadanie blondynka nie było w stanie zmienić mojej decyzji. Nic z tego.
    - No przecież ci mówiłem, że nie mam wyboru. Mieszkasz sam, nie masz ani jednego miśka i na dodatek nie pozwoliłeś mi żadnego kupić. W takim razie muszę u ciebie zostać. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej i znów łapiąc go za dłoń przyspieszyłem kroku.
    - Co?! - to był bardziej pisk niż krzyk, ale i tak nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Nie przejmuj się. Będzie fajnie... - A-ale Miv! J-ja... Ja na prawdę nie...
    - A cicho już bądź... Mówiłem, że ślicznie się rumienisz? - Nie dało się już być bardziej czerwonym niż był, więc tylko zaczęły mu trząść się mocniej ręce. Próbował się wyrywać, ale po chwili... wtulił się we mnie z wrzaskiem ze strachu, kiedy rozległ się głośny śmiech psychopaty. Cały roztrzęsiony wbijał mi z całej siły palce w ramiona.
    - No już, spokojnie, to tylko mój dzwonek - mruknąłem głaszcząc go po włosach. - Ooo... A jednak! Sam się do mnie przytuliłeś! Czyli nie masz nic przeciwko temu, żebym z tobą został, co? - dalej mruczałem mu prosto do ucha.
    - Umkh! - Młodszy zakrztusił się i odskoczył ode mnie jak oparzony.
    - Hah, już nie ma "umh", tylko "umkh"? - Zaśmiałem się. Zadzwoniłem do managera, ponieważ właśnie on do mnie się przed chwilą dobijał. - Co? [...] Ehe... [...] No ale weź, zajęty trochę jestem! [...] Eh... [...] No dobra... - Zakończyłem rozmowę i spojrzałem na blondyna. - No, poszczęściło ci się. Albo masz pecha, jak wolisz. Manager czegoś znowu ode mnie chce, więc muszę już jechać... Do jutra. Doskonale wiem, że będziesz niecierpliwie czekać...

    Odchodząc i wsiadając do samochodu po raz kolejny widziałem jakieś dwa cienie. - Czy ja mam zwidy? Czas do lekarza...

Bou
    - Bou! - Coś wyrwało mnie z drzemki. - Otwórz rzesz kurcze mol te drzwi!
    - Zaaaraaa... - ziewnąłem i zwlokłem się z łóżka. Tak, Kanon to wie kiedy przychodzić... Nie mogłem spać całą noc, zastanawiając się nad tym, jak zachowywał się wczoraj Miyavi i dopiero jakieś pół godziny temu udało mi się w końcu zasnąć.     Otworzyłem drzwi mojemu katowi mimo woli.
    - No nareszcie! Wiesz ty jak cholernie ciężko z tym ustać?
    - Ale z czym? - Popatrzyłem się na niego zdezorientowany. - Kanon, nie mów mi tylko że...
    - Tak, powiem. Znowu wyjeżdżam, więc miło by było, gdybyś się zajął moim kotem. - Uśmiechnął się prosząco.
    - Ale Kanon... - prawie że chlipnąłem zrezygnowany. Co jak co, ale nigdy nie potrafiłem się ani kłócić, anie dyskutować.
    - Bouś, nie rób mi tego... - Maślane oczka i płaczliwy ton mojego kolegi wystarczyłyby, aby uchylić nawet wyrok śmierci.
    - No dobrze, daj go. - Westchnąłem, biorąc na ręce młodego, burego kocurka, do tej pory skrywanego za plecami przyjaciela. Podrapałem go za uchem, na co ten zamruczał i otarł się o moją szyję głową.
    - A tu jest jego miska, kilka puszek z jedzeniem, szampon, zabawki, drapak, poduszka... - basista zaczął wyliczać, podając mi wielką torbę.
    - Umhg! - Zgiąłem się pod ciężarem tych rzeczy, wypuszczając z rąk kota. Kanon nic nie zauważył, dalej czytając z listy skład "ekwipunku" swojego pupila. Przestał dopiero wtedy, kiedy usłyszał łomot.
    - O Jezu, Bou przepraszam! - Rzucił się, aby podnieść mnie z podłogi, na którą położył mnie ciężar torby. - Ja na prawdę nie chciałem! Wybacz, wybacz, wybacz! Na prawdę zapomniałem że jesteś taki malutki i delikatny! - Zaczął mnie przepraszać i mówić, jak mu jest z tego powodu przykro, a w tym czasie Kiri, bo tak miała na imię kicia, jakby nigdy nic poszła do kuchni.
    - Obiecuję.... Obiecuję, że już nigdy więcej w życiu nie dam ci do ręki nic cięższego, niż gitara! I przypilnuję, żeby nikt inny też tego nie zrobił!
    - Kanon....
    - Moja wina, moja wina i jeszcze raz moja wina! Nawet nie wiesz jak mi przykro....
    - Uhh... Kanon!
    - Będę cię pilnował, robił wszytko za ciebie i jak chcesz usługiwał nawet, bylebyś tylko mi to wybaczył!
    - Kurde mać, Kanon!
    - Emh? - Popatrzył na mnie zdezorientowany.
    - Gdybyś nie klęczał mi na ręce, było by mi dużo wygodniej...
    - Co?! Aaa! Przepraszam!
    - Dobijasz mnie...
    - Wybacz.... - prawie że szepnął już całkiem zrezygnowany i zdołowany Kanon.

    - Dalej boli?
    - Mhm...
    - Mówiłeś coś o tym, że chcesz pogadać... O co chodzi? Mi możesz powiedzieć wszytko.
    - Umhhhh. - Zarumieniłem się. - No to ten... Na imprezie... wczoraj...
    - Miyavi?
    - Ekhem... To to on... on mnie cały czas coś jakby... jakby podrywał. No ja wiem, że to u niego normalne, ale to jakieś inne było od tego, co do tej pory widziałem. Tak jakby.... jakby nie był aż taki...
    - Perwersyjny i bezpośredni?
    - Bezpośredni był. Ale tak jakby więcej mówił niż robił. No i potem, kiedy zeszliśmy na dól... zaczął wyraźnie sugerować, że...
    - Że ma na ciebie ochotę.
    - No tak jakby... I... i on mnie na końcu pocałował! - Ostatnie zdanie wywaliłem na jednym tchu, rumieniąc się mocno - I... i ja się boję.
    - Boisz się, że się tobą zabawi, a potem rzuci, bo sam do niego czujesz coś poważniejszego?
    - Mhm... - siąknąłem. Tak, Kanon znał mnie na wylot. Jak nikt inny. Kiedy miałem problem z powiedzeniem czegoś, często robił to za mnie, o dziwo trafiając doskonale w sedno.
    - Gadałem z Mivem - słysząc te słowa, popatrzyłem na basistę z nadzieją. - I on nie szukał towarzystwa na jedną noc.
    - Co?! - zapiszczałem.
    - To co słyszałeś. - Serce zaczęło mi bić szybciej. Kanon posiedział u mnie jeszcze chwilę, po czym pożegnał się i wyszedł zostawiając mnie samego z moimi myślami. I z kotem, oczywiście.

    "On nie szukał towarzystwa na jedną noc". - Wciąż w mojej głowie krążyły słowa Kanona, który bezczelnie mnie opuścił po powiedzeniu czegoś takiego. I jak ja mam teraz normalnie funkcjonować?!
    Wiem, że on by mnie nie okłamał, ale... może się pomylił, może po prostu źle zrozumiał Miyaviego? Jak mam uwierzyć, że ktoś taki jak on chciałby być z kimś na dłużej? Nie. Jak mam uwierzyć, że ktoś taki jak on chciałby być z kimś takim jak ja... Niemożliwe.
    Znów usłyszałem to uciążliwe pukanie, a raczej walenie do drzwi.
    - No już idę! Czego się tak tłuczesz?! Tylko mi nie mów, że masz dla mnie coś jeszcze... - Kanon pewnie o czymś zapomniał. Jak zwykle... Przekręciłem klucz i pociągnąłem za klamkę. - To co jest skarbie? - powiedziałem śmiejąc się na samą myśl o tym jak zdenerwuję tym przyjaciela. Zawsze, gdy Miku tak do niego mówił to dostawał białej gorączki przez co wszyscy w zespole będąc we wspólnym gronie zaczęli go tak nazywać. No cóż... Nasz wokalista dla każdego wymyśla jakąś ksywę, a Kanona akurat mianował swoim i przy okazji naszym skarbem. Mi się to podoba bo chociaż w ten sposób mam możliwość odpłacenia się za wszystkie jego wybryki.
    - Też się cieszę, że cię widzę... Skarbie. - To nie był Kanon! To... to był... Miyavi!
    - M-Myv... Co ty tutaj robisz? - gdy tylko go zobaczyłem cały spłonąłem rumieńcem, a z gardła ciężko mi było wydobyć choć jedno słowo.
    - A to nie mnie się spodziewałeś? - zapytał wciąż stojąc w drzwiach, opierając się o framugę.
    - N-nie... A powinienem? - Nie miałem pojęcia co siedzi w jego głowie, ale zamieszania w mojej również nie mogłem ogarnąć. Zawsze tak jest. Zawsze gdy on jest w pobliżu...
    - No nie wiem. Ale jeżeli to nie o mnie chodziło to kto miałby coś dla ciebie mieć i dlaczego, a przede wszystkim kogo nazywasz Skarbem? Hmm? - Wszedł do mieszkania i podchodził do mnie coraz bliżej, przez co ja zacząłem robić kroki w tył, nawet nie zauważając kiedy znaleźliśmy się w salonie. Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć. Nie kiedy tak na mnie patrzył.
Po chwili poczułem, że nogami dotykam już kanapy i gdy pochylił się nade mną opadłem na nią, całkowicie tracąc możliwość ucieczki.
    - Nie podoba mi się to - powiedział twardo zaskakując mnie swoim zachowaniem. Tym razem również nie zrozumiałem co miał na myśli. Chyba powinienem do tego przywyknąć.
    - C-co takiego? - udało mi się odezwać mając nadzieję, że może podczas rozmowy chociaż trochę się ode mnie odsunie. Byłem bardzo naiwny myśląc w ten sposób. Zamiast zrobić to o czym rozmyślałem przysunął się do mnie jeszcze bliżej sprawiając, że ja nie widząc innego wyjścia całkowicie położyłem się na kanapie. Jak mogłem przypuszczać, to nie był dobry pomysł. Unieruchomił mnie siadając na moich biodrach i jedną ręką trzymając oba moje nadgarstki nad moją głową. Zrobił to zaskakująco delikatnie nie sprawiając mi przy tym żadnego bólu, ale jeżeli chodziło tylko o to żebym się nie ruszał to było to w zupełności zbędne. I tak nie byłbym w stanie nic zrobić.
    - Nie życzę sobie żebyś nazywał tak kogoś innego. Tak samo jak nie życzę sobie żebyś umawiał się z kimś innym. Rozumiesz? - mówiąc to wciąż patrzył mi w oczy wprawiając moje serce w jeszcze szybszą pracę. Paliłem się od wewnątrz, a przynajmniej tak się czułem. Jego bliskość przyprawiała mnie o dreszcze i ogólny brak kontaktu z otoczeniem. Wiedziałem co mówił, ale nie byłem pewny czy rozumiem. Z nim nigdy nic nie wiadomo. Poza tym nie mogłem się skoncentrować. Nie mogłem trzeźwo myśleć, gdy czułem jego oddech na swojej szyi.
    - Mam nadzieję, że tak. W przeciwnym wypadku byłoby mi bardzo przykro... - powiedział i pochylił się jeszcze niżej, językiem powoli przejeżdżając po moim odsłoniętym obojczyku. Nie powinien tego robić. Poczułem kolejną falę dreszczy rozchodzących się po moim ciele, a także jeszcze większy żar, który on rozpalał w bardzo niebezpieczny sposób. Przejechał językiem szybciej z obojczyka na szyję i przyssał się do niej przez co z moich ust nieświadomie wydobył się cichy jęk. Ze wstydu miałem ochotę zapaść się pod ziemię, ale skłamałbym gdybym powiedział, że chciałem to przerwać. Kłóciłem się sam ze sobą, ale dobrze wiedziałem, że nawet gdybym chciał coś zrobić, to nie dałbym rady. Z tym, że ja wcale tego nie chciałem. I właściwie to chyba to najbardziej mnie irytowało.
    - Jesteś słodki. - Przerwał by spojrzeć w moją twarz i uśmiechnąć się, po czym zaraz skierować swoje usta na moje własne. Nie byłem pewien czy bardziej chcę żeby się pospieszył, czy żeby po prostu mnie zostawił, bo jeśli tak dalej pójdzie, to umrę z nerwów wywołanych właśnie przez niego. Gdy musnął moje wargi swoimi w tym samym czasie wolną rękę wsuwając pod moją koszulkę ogarnęły mnie zawroty głowy wywołane zbyt dużą dawką przyjemności. Mógłbym zatracać się w tym bez końca mimo, iż tak samo bardzo jak tego pragnąłem bałem się zdrady. Obawiałem się, że on tylko się mną bawi by później po prostu dać sobie spokój. Zapewne normalnie wciąż bym go unikał i starał się zbyć w każdy możliwy sposób, ale teraz po prostu było to nie możliwe. Nie miałem na to szans.
    Kilka sekund później usłyszałem jak drzwi do mojego mieszkania zamykają się z hukiem, a po chwili po pokojach rozniósł się głos mojego przyjaciela. Z nerwów cały zdrętwiałem powracając możliwie jak najbardziej do rzeczywistości.
    - Bou, nie uwierzysz! Zostawiłem u ciebie na stole portfe... Miyavi? - Kanon! Jak dobrze, że jesteś!

Miyavi
    Chyba mam jakiś fetysz, związany z molestowaniem małych blond-dziewczynek. A to, że ta wygląda dodatkowo jak dziecko... pedofila. Myv, facepalm. Nadajesz się do leczenia. Co nie zmienia faktu, że ta zabawa cholernie mnie podnieciła. Bym był bym chyba Bousia najnormalniej w świecie wtedy zerżnął, gdyby nie wtargnięcie Kanona...

    - Zostawiłeś... mnie na stole? No wiesz co, masz rację. Ale to dawno było. I do tego nie u blondynki. - Uśmiechnąłem się na ten mój sposób, który wystarcza aby wszystkim zmiękły nogi w kolankach. Widząc jego zdezorientowaną minę dodałem - albo nie... nie masz racji. To ja ciebie zostawiłem wtedy na stole... w samych gaciach.
    Kanon zarumienił się i zaczął dość nieskutecznie podważać to, co powiedziałem, a Bouś słysząc to, aż się zakrztusił i również zrobił się cały czerwoniutki, jak dojrzały pomidorek. Czyżby to była zazdrość? Był taaaaki słodki! On nie będzie mój... On już jest! Nawet, jeśli jeszcze tego nie wie.
    - To ja wezmę ten portfel. - Basista poszedł do kuchni. Kiedy wrócił, popatrzył się na mnie dalej siedzącego na Bou i zapytał - a Myv... Co ty właściwie mu robiłeś?
    - Och, nic takiego... Ot sobie kolegę w głupim miejscu złapał skurcz. Od żeber, do ramion. No a że akurat wtedy leżał na kanapie, a ja chciałem jak najszybciej to rozprostować... Sam wiesz jaki on delikatny.
    - Aż za dobrze... - Spuścił głowę i lekko... pobladł?
    - No. No to postanowiłem mu nie przysparzać bólu i od raz się tym zająć.
    - Aaa... No to już wiem, czemu mu ciągle trzymasz łapki nad głową. - Zrobił minkę, do złudzenia przypominającą twarze super-prze-szczęśliwych bohaterów "komediowych" mang, zaśmiał się i wyszedł.

    No. Głupek już nas opuścił. Bou, strzeż się. A konkretnie swojego tyłka, gdyby ktoś chciał znać szczegóły.

    - Kotku... - mruknąłem, nachylając się nad Bou.
    - T-tak? - Poczerwieniał i poczułem, że trzęsą mu się łapki.
    - A ty wiesz, że on wyszedł? I nic więcej już u ciebie nie zostawił. Nikt inny też. Przecież ty nigdy nikogo nie zapraszałeś...
    - I-i c-co z t-tego p-powodu się ma s-s-s-stać?
    - A no nic. Tylko się z tobą... hm... prześpię - powiedziałem spokojnie, przechylając głowę i uśmiechając się pobłażliwie, jakby to była najzwyklejsza na świecie, bardziej normalna niż nawet zjedzenie kanapki z dżemem rzecz.
    - C-co?! - pisnął panicznie i całkiem już spłonął purpurą. Zaczął się wyrywać. Nieskutecznie. Trzymałem go na tyle mocno, aby uniemożliwić mu jakikolwiek większy ruch, ale jednocześnie na tyle delikatnie, aby nie wyrządzić mu żadnej krzywdy czy bólu. - M-myv! A-ale j-j-ja... Ja nie chcę! Miya...vi! T-to będzie g-gwałt! - krzyczał, protestował, wyrywał się. A ja, nie robiąc absolutnie nic, poza trzymaniem jego rąk, patrzyłem się na niego spokojnie, dalej nie zdejmując z twarzy pobłażliwego uśmiechu.
    Dobra, skończę to... - Nachyliłem się nad nim i polizałem jego ucho. Mały zdębiał. Po prostu zdębiał. Nawet przestał się wyrwać i wydzierać. Jego pół rozchylone, do kolejnej serii protestów usta kusiły niemiłosiernie. Nie mogłem się powstrzymać i wpiłem się w nie brutalnie, od razu wsuwając do nich swój język. Puściłem jego nadgarstki jedną ręką, aby z powrotem zająć pieszczeniem torsu chłopaka.
    Bou znowu jęknął mi w usta, rozluźniając się całkowicie i robiąc się pode mną dosłownie jak plastelina.
    - A jednak ci się podoba... Czyli nie będzie gwałtu. - Chciał coś powiedzieć, ale uciszyłem go. - Widzisz, ja zawsze wiem lepiej, co się komu spodoba.

*
    Mógł go dotykać, całować, mieć - ale dla niego było to zdecydowanie za mało. Ciche jak dotąd jęki Bou podniecały go coraz bardziej, ale pragnął czegoś więcej. Nie chciał żeby on biernie odbierał pieszczoty tylko żeby przyłączył się do zabawy. Może to trochę zaskakujące, ale nie miał zamiaru po prostu go przelecieć. Pierwszy raz miał ochotę się z kimś "kochać" - jak to zwykł mawiać Kai.
    Wciąż go całując sunął ręką coraz niżej. Gdy dotarł do jego krocza i zaczął delikatnie je masować zaskoczony blondyn ugryzł go w język, by w momencie w którym Miyavi zaczął pieścić go mocniej wynagrodzić mu to jeszcze głośniejszymi westchnieniami. Doprowadzał małego do szaleństwa i dobrze o tym wiedział. Taki był jego cel.
    Myv odsunął ręce od chłopaka, gdy zorientował się, że jeszcze chwila a doprowadzi go w ten sposób do orgazmu. To był odpowiedni moment...
    Bou sapnął niezadowolony poruszając biodrami prosząc o ponowne zainteresowanie się jego dolną, acz bardzo spragnioną dotyku partią ciała.
    Miyavi jedynie zaśmiał się dźwięcznie i ponownie przygwoździł go do kanapy siadając na jego udach tak, żeby w żaden sposób nie dotknąć go w miejscu w którym tak bardzo by tego chciał. Pochylił się nad nim i zawisł tuż nad jego twarzą kładąc ręce po obu stronach jego głowy. Mógł patrzeć w tą śliczną czerwoną buźkę i cudowne zamglone oczy...
    - Mówiłem już, że jesteś słodki? - powiedział dając mu całusa w czoło by zaraz ponownie szeroko się do niego uśmiechnąć.
    - Czemu się mną bawisz? - Pierwszy raz tak twardo patrzył w jego oczy, jednak nie dał rady ukryć zażenowania. Był zawstydzony jak nigdy dotąd, ale teraz najważniejsze było pragnienie bliskości tego wariata, który najprawdopodobniej jak się okazuje po prostu sobie z nim pogrywał.
    - Chciałbyś więcej? - zapytał prowokująco patrząc na wypukłość w spodniach słodziaka i oblizując sugestywnie usta.
    - ... - Oczywiście, że chciał, ale nie miał zamiaru mu tego mówić. To takie żenujące...
    - Nie? - Pochylił się jeszcze niżej przejeżdżając językiem po jego wargach. - Jeżeli nic mi nie odpowiesz to cię takiego zostawię - rzecz jasna to było kłamstwo w najczystszej postaci, ale chciał w jakiś sposób zmobilizować swojego blondyna do działania.
    - Ja... - odezwał się mniejszy rozpoczynając i kończąc swoją wypowiedź na jednym wyrazie. Obrócił głowę w bok i westchnął głośno najprawdopodobniej próbując się uspokoić. Myv nie mógł na to pozwolić.
    - Pocałuj mnie - powiedział stanowczo, poruszając się sugestywnie na udach Bou.
    - S-słucham? - Patrzył na niego pytającym wzrokiem. Był tak zestresowany, że koncentracja nad czymkolwiek była dla niego wprost niemożliwa. Miał nadzieję, że źle usłyszał.
    - Pocałuj mnie - Miyavi znów się pochylił zostawiając między swoją, a Bou twarzą maksymalnie dwa centymetry odstępu. Nie przysunął się jednak bliżej. Chciał żeby to blondyn wykonał ruch.
    - A-ale ja... - zaczął się jąkać speszony i jednocześnie zdumiony zachowaniem Takamasy.
    - To nie. - Chciał wstać, ale drobne łapki filigranowej postaci leżącej pod nim złapały go kurczowo za bluzkę i przyciągnęły z powrotem do siebie - Umm... - Miyavi westchnął zaskoczony, gdy mały pocałował go od razu wsuwając do jego ust zwinny język. Poczekał chwilę zanim przejął kontrolę nad pocałunkiem delektując się nieporadnością słodziaka. Pierwszy raz podczas tak niewinnej zabawy czuł się tak wspaniale.
    Mały gitarzysta nie mam pojęcia, co Miyavi z nim robił, ale nagle całą jego "grzeczność" szlag trafił. A najgorsze było to... że on się po prostu nad nim znęcał! Doprowadzał go do takiego, a nie innego stanu, po czym zostawiał i kazał przejąć inicjatywę, pod groźbą olania i wyjścia.
    W tym momencie Bou zaczął na poważnie zastanawiać się, co on właściwie z Myvem robił. Myśl, że on chce się tylko zabawić i zostawić go jak starą, niepotrzebną zabawkę, że ma być "tak na jeden raz" zaczęła nie dawać blondynowi spokoju. Kiedy zaczął ściągać jego koszulkę, nie wytrzymał i zaczęły się lać z jego oczu łzy.
    - Bou? Co się... - "A jednak zauważył!" Przemknęło Bou przez myśl. Przestał go rozbierać i popatrzył na niego ze zdziwieniem, lękiem i jakby.... troską? Czułością? Przytulił młodszego gitarzystę i ponowił pytanie. - Boże, Kazuś... Proszę, powiedz co się stało? - Zaczął głaskać go po włosach i uspokajać jak małe dziecko. No cóż, w pewnym sensie nim był.
    - N-nic.. Zostaw. - Bou próbował go od siebie odepchnąć, gdy z jego oczu wciąż uparcie wypływały słone łzy. Nie chciał, żeby oglądał go w takim stanie, jednak nie miał szans ze znacznie silniejszym od siebie Miyavim.
    - Jak to nic? Przecież widzę. Myślałem, że tobie też się podoba. - Takamasa naprawdę przejął się zachowaniem małego. Wydawało mu się, że ostatecznie blondyn również był zadowolony. Mimo swojego odważnego zachowania nie chciał mu zrobić krzywdy. Po prostu widział, że on dla Bou również nie jest obojętny, dlatego też na tyle sobie pozwalał. Pierwszy raz zależało mu na kimś tak bardzo. Nie chciał tego spieprzyć.
    - Nie... To znaczy tak! Nie... Ja... Daj mi spokój... - Nie wiedział co powiedzieć i jak to zrobić. Podobało mu się i to bardzo, ale bał się, że jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe, zadurzy się w koledze, a później się okaże, że ze strony Myva była to jedynie kolejna z licznych przygód.
    - Bou... Proszę cię. Powiedz mi o co chodzi - Nie mógł patrzeć na tego małego i niesamowicie słodziutkiego osobnika całego we łzach.
    - Bo ty... Ty się tylko mną bawisz... - Wciąż chlipał wbrew swojej woli. Już było lepiej, ale i tak nie potrafił tego powstrzymać.
    - S-słucham? - tym razem to Miyavi zająknął się zaskoczony słowami słodziaka. - To przez to, że tak właśnie myślisz cały ten czas mnie spławiałeś? I teraz z tego właśnie powodu płaczesz przy mnie, gdy ja mam ochotę zapaść się pod ziemie za to, że doprowadziłem cię do takiego stanu? Czyś ty zgłupiał?! - spojrzał pytającą na blondyna, który zszokowany przestał płakać. - Nie przeczę, że moje bycie z kimś najczęściej polegało na jednorazowym wyskoku i uwierz mi, że gdybym chciał cię po prostu przelecieć, to już dawno bym to zrobił - powiedział otwarcie, ale zaraz zaczął się zastanawiać czy przypadkiem znowu nie przesadził. - Z tobą to jednak co innego... - Zrobił przerwę zastanawiając się jakich dokładnie słów powinien użyć - Nie jestem tego pewien bo tak właściwie to pierwszy raz kiedy coś takiego mi się zdarza, ale myślę, że w tym wszystkich chodzi o to, że cię kocham. - Blondynowi stanęło serce.
    "Nie wierzę. Śnię. Naćpałem się i śnię. Albo spiłem i słyszę coś, czego nie ma. "Zamknął oczy, policzył do trzech, otworzył. Ale tę piękne, ciemne oczy dalej wpatrywały się w niego z czułością i uczuciem, które mogły by lodowce topić. "To jednak... nie był sen?" - Mev... - znowu zaczął płakać. Ze szczęścia.
    - Boże, kochanie... Co się znowu dzieje? - Przytulił blondyna jeszcze mocniej.
    - N-nic... - siąknął. - J-jak ja mogłem myśleć, ż-że ty...
    - Ci... Moja wina. Źle się do tego zabrałem. No i wcześniej byłem jaki byłem... - Bou wtulił się w niego z całej siły. Czuł się jak małe dziecko przytulające się do matki. A on trzymał go w swoich ramionach, cały czas głaszcząc. Blondyn mógłby tak spędzić całą wieczność, ale odsunął się na chwilę od niego, aby wpić się w jego usta. Myv był lekko zaskoczony, ale Bou dał by sobie rękę uciąć, że się uśmiechnął. Odwzajemnił pocałunek, znowu przejmując szybko kontrolę. Kiedy się od siebie oderwali, Bou wtulił się w niego z powrotem, opierając głowę na jego torsie.
    - Ja też Cię kocham - szepnął.
    - Ba, jakbym nie wiedział... - Zaśmiał się. Blondyn szturchnął go łokciem. Całą scenkę zepsuł... Kiri!
    - Meow! - miauknął kocurek wpychając się pomiędzy Kazuhiro a Miyaviego.
    - C-co to? - gitarzysta lekko przestraszony odskoczył od "dziwnego stwora" ocierającego mu się o bok.
    - Kot - Zaśmiał się młodszy. - Kiri, zgłodniałeś? - Podrapał zwierzątko za uchem, na co odpowiedziało mu mruczeniem, które bardziej brzmiało jak kosiarka, a nie mały kotek.
    - Oż ty mały podły... Wszystko zepsułeś! - Miyavi popatrzył z udawanym oburzeniem na kota. - Ja ci nie dam jeść. Proś tego drugiego. No już, spadaj!
    - Nie krzycz na kota. Będzie miał uraz do końca życia.
    - No już, żartowałem... Ja nawet lubię koty. - Uśmiechnął się pięknie. Gdyby gitarzysta wtedy stał, nogi na bank odmówiły by mu posłuszeństwa.
    "Miv ma piękny uśmiech..." - Pójdę go nakarmić. Poczekasz chwilkę?
    - Chwilkę. Albo się zapłacze. Lub pójdę do kuchni i... - nie dokończył zdania, robiąc minę mówiącą coś jakby "Miyavi, ty debilu!". Nie mogło to nie zaciekawić Bou.
    - C-co mnie? - spytałem zarumieniony.
    - Nie ważne - mruknął. Po chwili dodał - Pomogę ci nakarmić kota, o!
    - ...
    - Nie rumień się tak, bo nie wytrzymam.
    - T-to ja spadam! Kici-kici Kiri! - Blondyn wybiegł z salonu. Może i wydaje się taki słodziutki i niewinny, ale podroczyć się bardzo lubił. Tylko nie z każdym.

    - Bou! No chodź wreszcie! - Miyavi czekał na blondyna, który miał iść tylko nakarmić Kiri, a w rzeczywistości przepadł w kuchni już na ponad pięć minut. Zdecydowanie za długo jak dla Miyaviego. - Przeklęty kot... - mruknął pod nosem i położył się zrezygnowany na kanapie. Gdy minęły kolejne dwie minuty, a Bou wciąż mu odpowiadał jedynie - "Zaraz przyjdę" - nie wytrzymał podniósł się i wyszedł z salonu.
    W kuchni zobaczył Kiri opróżniającą miseczkę z drobnych kawałków mięsa w galaretce i jego słodziaka stojącego tyłem do niego, który robił coś przy blacie.
    Podszedł do niego cicho i złapał rękoma w pasie. Mały podskoczył przestraszony, jednak mimo zdenerwowania przez bliski kontakt z Myvem powrócił do swojego zajęcia starając się nie pokazać przyjacielowi jak duży ma na niego wpływ.
    Takamasa pochylił się i położył podbródek na ramieniu mniejszego. - Mówiłeś, że idziesz tylko dać jeść zwierzakowi... - wyszeptał mu do ucha obrażonym głosem.
    - Ja... - zająknął się czując przyjemne mrowienie wywołane gorącym oddechem Miyaviego na szyi. - Chciałem zrobić coś do picia - Ishihara nie mógł wątpić w jego prawdomówność, gdy zauważył, że słodziak cały czas próbuję nasypać kawę do kubka.
    - No dziękuję bardzo, ale wiesz... - przerwał, polizał go po uchu i przygryźć delikatnie małżowinę. Bou zaskoczony wciągnął powietrze ze świstem, by zaraz je wypuścić wraz z cichym jękiem. - To nie kawy teraz potrzebuję. - Zabrał mu kubek, odstawił na blat i obrócił go w swoją stronę.
    Bou widząc prowokujący uśmiech Miyaviego poczuł, że na jego twarzy znów widnieją rumieńce, przez co speszył się jeszcze bardziej.
    - Nie bój się. Przecież już wszystko sobie wyjaśniliśmy - powiedział i od razu wpił się w jego wargi. Blondyn odruchowo rozchylił usta, a Myv korzystając z okazji wsunął język do środka. Pieścił jego podniebienie i policzki a rękoma złapał go za pośladki i uniósł sadzając na blacie. Mały nie mógł już wytrzymać. Miyavi niesamowicie go podniecał. Mimo, iż był zawstydzony i zdenerwowany, założył ręce na szyję przyjaciela i przyciągnął go do siebie pogłębiając pocałunek. Zaskoczony Takamasa przerwał na chwilę i tym razem to z jego ust wydobył się jęk przyjemności, gdy Bou zawzięcie go całował. Robił to niezdarnie, ale Miyaviemu strasznie się podobało. Ponownie dołączył do zabawy. Obaj od dawna pragnęli siebie nawzajem. Teraz nic już nie stało im na przeszkodzie.
    - Mówiłem, jak na mnie działają twoje rumieńce? Albo nie wiesz w co się pakujesz, albo jesteś masochistą... - Miyavi mruknął Bou do ucha, na co mały zareagował cichym jękiem.
    Solista zszedł z pocałunkami na szyję. Przejechał językiem po obojczyku blondyna, wywołując u niego falę dreszczy.
    - Miyavi....
    - Ci... - Zdjął z Bou koszulkę, po czym jego usta zjechały jeszcze niżej. Kazuhiro odchylił głowę do tyłu, opierając się po chwili plecami o ścianę. Przyciągnął do siebie Takamasę, aby jego również pozbawić górnej części garderoby.
    - Oj, ale ty jesteś niecierpliwy... - mruknął rozbawiony Myv.
    - Umm... - Spąsowiał Bou, zaciskając jedną dłoń w piąstkę, i przyciskając kciuk do ust.
    - Wyjmij te łapki z buzi... Słodki jesteś. Nawet nie wiesz jak bardzo. - Miyavi wpił się w usta czerwoniutkiego blondynka. Tak, on kochał małych, niewinnych słodziaczków, nie mających zielonego pojęcia o tym, jak prowokujące są dla niego ich gesty. Nie. On kochał Bou.
    Uniósł go lekko, aby móc ściągnąć z niego jeansy. Kazuhiro o dziwo, nie dał się posadzić z powrotem. Zamiast tego oplótł nogami biodra Miyaviego i splótł mocniej ręce na jego szyi. - Kotku, jeśli będziesz tak na mnie wisiał, to nie zrobimy nic więcej, bo ja nie będę mógł się rozebrać... - Bou zrobił smutną minkę, ale puścił Myva i posłusznie usadowił się na blacie.

*
    - Ła! - nagle rozległ się głośny wrzask, po czym coś łupnęło o ziemię.
    - Kurwa, zabiję cię, jeśli oni to usłyszeli!
    - Ała... - druga postać jęknęła już ciszej. - Gałąź się złamała...
    - Wrr... Nie ruszaj się, zaraz do ciebie zejdę. - Cień zeskoczył zręcznie z gałęzi rozłożystego drzewa, rosnącego pod oknami mieszkania Bou. Podszedł do swojego towarzysza, leżącego na ziemi. - No i widzisz, co ja z tobą mam? Tam yaoi na żywo, a ty... Ehh... Szkoda gadać. Mam nadzieję, że zapisałaś całą akcję z salonu. Wiesz, że ja wtedy długopisu nie mogłam znaleźć, prawda?
    - Mhm...
    - A notes cały? Nie zaplamił się czy coś?
    - Hmmm... Iie.
    - Ufff. Pokaż tą rękę... Nie, nie jest złamana. Możesz nią ruszać?
    -Tak - odpowiedziała druga postać, krzywiąc się lekko w momencie, w którym zgięła rękę w łokciu.
    - To dobrze. Chodź, spadamy już. Nie będziemy już im więcej przeszkadzać, co? - Zaśmiała się pierwsza postać - Tylko... kto to potem wrzuci do netu?
    - A jak myślisz? - Na twarzy dziewczyny pojawił się przebiegły uśmiech.
    - Ty mnie chyba nie lubisz...
    - Ależ skąd... Ja cię uwielbiam! Tyle rzeczy za mnie już zrobiłaś... - Popatrzyła się udając niewiniątko. - I tyle jeszcze zrobisz...

***
Czytaj dalej…